Bębniłam palcami o
kierownicę mojego samochodu, czułam jak w szybkim tempie wzrasta we mnie poziom
stresu. Korki były niemiłosierne, a ja już grubo spóźniona. Spóźniona. Jak.
Zwykle. Czasem nawet nie wiedziałam, po co ja w ogóle przyjęłam tę robotę. Ale w
Bradford nie ma w czym przebierać. Jak tylko dotarłam do pracy, zaparkowałam
auto na swoim stałym miejscu, obok kawiarni. Po drodze do budynku naciągnęłam
na siebie fartuch. Otworzyłam drzwi i pospiesznie ruszyłam na zaplecze,
unikając wzroku klientów i mojego, o Boże zmiłuj się, okropnego szefa.
Poprawiłam grzywkę zaczesując ją na czoło, nie wiem na co liczyłam. Chyba na
to, że mnie nie rozpozna.
-Re!
Wzdrygnęłam się i
zacisnęłam oczy. Zamarłam w pół kroku, wzdychając pod nosem, kiedy usłyszałam
jak idzie w moim kierunku. Byłam już tak blisko zaplecza. Jakiś klient
popatrzył na mnie ze współczuciem, na co odpowiedziałam zbolałym uśmiechem.
Świetnie. Nawet jemu było mnie szkoda.
- Cześć, Ted. -
wymamrotałam pod nosem i wywróciłam oczami, zanim całą swą uwagę przeniosłam na
niego. Wyszczerzyłam się w uśmiechu wrzeszczącym "kocham wstawać
codziennie o 6:30, tylko po to żeby uniknąć godzin szczytu, zanim dotrę do
pracy". Teraz, kiedy skończyły mi się wakacje w szkole, będę musiała
wstawać wcześniej. Umiałam dobrze ukryć przed nim moje zdenerwowanie, ale Ted
zawsze wiedział jak zagrać mi na nerwach.
- Spóźniłaś się! -
mógłby powiedzieć coś czego nie wiedziałam - Znowu! - to też wiedziałam. Gdyby
nie ten jego dziwny wyraz twarzy, wykrzywiony w jakimś grymasie, byłby całkiem
atrakcyjny. Ale nie, wiecznie obecny, zabójczy wzrok musiał rujnować jego
piękny uśmiech. Był w moim wieku, miał 21 lat, ale poziom jego dojrzałości
sprawiał, że zawsze patrzył na mnie z góry. Czasem zdarzyło mu się być miłym,
skorym do żartów, ale z pewnością nie dzisiaj. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ale
jego dyktatorskie zapędy skutecznie mnie od niego oddaliły, no i cóż, resztę
już wiecie. Rozmowa, którą z nim prowadziłam nie odbyła się po raz pierwszy,
poza tym nienawidził niespodzianek. Głupi dzieciak.
- Wiem, że się
spóźniłam, ale były ogromne korki. Przepr...
Potrząsnął głową,
przerywając mi w pół zdania, kiedy tłumaczyłam się jak zwykle.
- To nie jest
wymówka, Re. - Przeniosłam ciężar swojego ciała na drugą nogę i założyłam rękę
na biodrze z całej siły starając się powstrzymać chęć wywrócenia oczami.
- Zamykasz dzisiaj.
- Co?! - moja
cierpliwość całkowicie wyparowała - Ale ja dzisiaj kończę wcześniej!
- Cóż, może to
zapobiegnie twojemu kolejnemu spóźnieniu, hmm? - wyszczerzył się do mnie, ale
ten uśmiech wcale nie dotknął jego tęczówek. Wywróciłam oczami, kiedy ruszył w
stronę zaplecza. Podeszłam do lady, a on odwrócił się na pięcie i spojrzał na
mnie jakby zapomniał czegoś dodać.
- Chciałem ci tylko
przypomnieć, że zamykamy o 20:00, a nie o 17:00. - odwrócił się, ale sekundę
później znowu stał do mnie przodem - Czemu nie obsłużysz swojego ulubione
klienta, Graham'a? Przez ciebie musi czekać. - mrugnął jednym okiem, doskonale
wiedząc jaka fala wkurzenia właśnie przepływa przez moje ciało. Wreszcie
odszedł, zostawiając mnie samą z całą tą złością. Och, jakże go nienawidzę.
Dlaczego zamyka tak późno? Czemu musi mi robić same problemy?
Oddychaj, Re.
Oddychaj.
Chwyciłam dzbanek w
kawą stojący w automacie, wiedząc że jest już gotowa dla Graham'a. Podeszłam do
niego. Siedział przy frontowym oknie. Zawsze zajmował to miejsce, każdego dnia.
Był pogodny i nigdy nie marudził. Odetchnęłam ciężko i zmusiłam się do
uśmiechu, który będzie dla niego wystarczająco przekonujący. Zawsze podnosił mnie
na duchu, bo doskonale zdawał sobie sprawę jak wpływa na mnie dominacja Ted'a.
- Dzień dobry,
Graham. Może dolewki?
- Och, Victoria. -
jego twarz rozciągnęła się w uśmiechu, zmarszczki stały się bardziej widoczne,
lepiej oddając jego podeszły wiek - Trochę się spóźniłaś.
- Wiem. - westchnęłam
cicho - Jak zwykle, korki. Co tam u ciebie? - zapytałam nalewając mu świeżo
zaparzonej kawy.
- Dziękuję, moja
droga. Całkiem nieźle. Nic tak nie cieszy starego człowieka, jak dobra kawa. -
uśmiechnął się podnosząc na mnie wzrok, chwycił moją dłoń w swoje drżące,
pomarszczone palce i podziękował mi jeszcze raz. Lubiłam jego obecność. 79 lat
i ciągle okaz zdrowia. Był jak mój dziadek.
W drodze powrotnej za
ladę, wytarłam kilka stolików. Na jednym z nich ktoś zostawił swój telefon. Ale
to nie był jakiś tam zwykły telefon, na który mógł sobie pozwolić zwykły
nastolatek, czy nawet dorosły. Ten był z drogiej serii Malik Cells. Głośno
przełknęłam ślinę. Jakim cudem, ktoś mógł tego zapomnieć? To kosztuje fortunę.
Musi ci się powodzić bardzo dobrze, skoro cię na niego stać. Weszłam do pokoju
na zapleczu i usłyszałam dźwięk firmowego telefonu. Amber od razu wiedziała, że
to kolejne zamówienie, więc szybko podniosła słuchawkę i zapisała życzenie
klienta. Kiedy się rozłączyła wręczyła mi karteczkę.
- Ktokolwiek to był,
miał bardzo sprecyzowane żądania co do swojego zamówienia. Lepiej uważaj, Re.
Chcą to na 12:00 punkt! - zachichotała pod nosem i opadła górną połową ciała na
blat.
Odłożyłam kartkę do
reszty zamówień. Była dopiero 11:00, a koleś chciał tylko "Flat
White".
Nadal byłam
zaintrygowana drogą komórką, którą włożyłam do kieszeni swojego fartucha.
Podeszłam do Amber i pociągnęłam ją na tyły, gdzie stały lodówki z jedzeniem.
Zdziwienie błysnęło na jej twarzy.
- Zaraz to dorzucę do
rzeczy znalezionych, ale patrz. - wyjęłam telefon, a jej oczy momentalnie
rozszerzyły się w szoku.
- Co do chuja! Skąd
to masz?
- Leżał tam na
stole?!
- Nie ma, kurwa
szans. Nikt nie zostawia po kątach tego typu telefonów. To jest Malik Cell! Głośno
przełknęła ślinę i wyrwała mi komórkę z ręki. Otworzyła ją i zmarszczyła brwi,
kiedy na ekranie pojawił się komunikat o wprowadzenie kodu zabezpieczającego.
Ja też już próbowałam.
- Zawsze chciałam
taki mieć. Słyszałam, że są lepsze od Smartphon'ów i iPhone'ów. To jest w ogóle
możliwe? - odetchnęłam głośno i odebrałam od niej urządzenie. Sporządziłam
raport do księgi rzeczy zgubionych, taka procedura. Jeśli ktokolwiek by się po
niego zgłosił, od razu wiedziałby, że znajduje się u nas. A bez wypełnionego raportu
bez wahania mogliby nas oskarżyć o kradzież mienia. Czy jak to tam, kurwa Ted
nazywa.
***
W kawiarni pustki
panowały już od momentu, gdy wybiła 14:00 i spokojnie mogłabym skończyć
wcześniej niż zazwyczaj, ale nie. Ted naprawdę chciał mnie ukarać. Wcześniej
przyszła jakaś dziewczyna, twierdząca że telefon należy do niej i wcale nie
była wdzięczna, że czekał na nią w dobrych rękach. Była typową, snobistyczną,
bogatą suką, którą gówno obchodzą ludzie pracujący w kawiarniach. Zimna jędza
bez serca.
Pochyliłam się
opierając na ladzie, kiedy w kawiarni nie było już żywego ducha. Panowała
kompletna cisza, nie licząc cicho grającej muzyki w tle. Spojrzałam na zegarek,
była prawie 18:30. To była powolna śmierć. Ted powinien cholernie dobrze
wiedzieć, że kawiarnie nie są otwarte do tak późna. Głupi debil. Wyrwałam się z
otępienia, kiedy usłyszałam dzwonek sygnalizujący otwarcie drzwi. Oczy same mi
się zamykały, ale musiałam się ogarnąć. Jestem w pracy.
Kilka sekund później
do środka wszedł mężczyzna, był bardzo poważny i wyglądał dość profesjonalnie.
Był ubrany na czarno, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Ochroniarz, to pierwsze co rzuciło mi się na myśl. Krzyknął groźnie. Głośno przełknęłam ślinę,
kiedy zaczął rozglądać się po wnętrzu kawiarni. Gdy jego wzrok w końcu spoczął
na mnie, czułam się jak ofiara obserwowana przez jakiegoś łowcę. Ponownie
otworzył drzwi i skinął głową do tego, kto stał na zewnątrz. Zmarszczyłam brwi.
Co?
- Nie rób tego nigdy
więcej, zrozumiano? - facet, który wszedł do środka powiedział głośno. Jego
głos był zimny i mroczny.
Dziewczyna pokiwała
głową i spuściła wzrok. Co do cholery? Koleś trzymał ją tak blisko swojego
boku, jakby bał się że za moment może zniknąć. Popatrzyłam na nią. Miała
piękne, brązowe włosy, błyszczące, niebieskie oczy i małe usta, które wygięły
się w nikłym uśmiechu, posłanym w moją stronę. Sprawił, że jej kości policzkowe
stały się wyraźniejsze, ale to nie był ciepły uśmiech. Wyglądała na przerażoną
i zdenerwowaną.
Przeniosłam wzrok na
chłopaka, który mocno trzymał ją w swoich ramionach. Miał czarne włosy,
podniesione ku górze. Powiedziałabym, że wyglądał jakby właśnie skończył
uprawiać seks, ale podejrzewam, że tak po prostu były wystylizowane. No i nie
mam zamiaru kłamać. To sprawiało, że wyglądał dziesięć razy przystojniej. Ale
jego wzrok... był ciemny i zimny. Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale
momentalnie poczułam się onieśmielona. Przez samo patrzenie na niego. Widok
dziewczyny przy jego boku, mówił sam za siebie. Koleś nie przynosił z sobą nic
dobrego. Jego obecność wrzeszczała większym niebezpieczeństwem, niż jego
ochroniarz. Jeśli to w ogóle był jego ochroniarz.
Znowu spojrzałam na
nią. To była jego dziewczyna? I tak był zbyt przystojny, żeby być singlem.
Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że to nie ona jest niska, tylko on całkiem wysoki.
Gdyby jego wzrok nie był taki mroczny, jego oczy mogłyby być piękne i
magnetyzujące. Linia jego szczęki była perfekcyjnie zarysowana, a wyraźne kości
policzkowe aż zapierały dech w piersiach. Bankowo był jakimś aniołem stąpającym
po ludzkim padole.
Przeniosłam wzrok z
jego twarzy na resztę jego postury. Idealnie szerokie ramiona, postawna
sylwetka, kiedy trzymał ją blisko siebie, ruchy pełne gracji, gdy odsuwał dla
niej krzesło. Sekundę później ruszył w kierunku lady. Wyglądał bardzo formalnie
i aż wstrzymałam oddech, kiedy złapał ze mną kontakt wzrokowy. Oblizał wargi i
przeczesał swoje kruczoczarne włosy do tyłu. Nigdy wcześniej go tu nie
widziałam i zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jest stąd. Moje usta otworzyły
się bezwiednie, kiedy starałam się pozbierać do kupy. Zdążyłam dostrzec, że
jest bardzo dobrze zbudowany. Na pewno ćwiczy. Jego zimne oczy skanowały mnie z
taką samą uwagą, jak moje skanowały jego. Przygryzłam wargę upajając się jego
widokiem, ale o wiele za wcześnie niż bym tego chciała na jego twarzy zagościł
budzący grozę grymas. Zapomniałam języka w gębie.
- M...mogę panu jakoś
pomóc? - wyjąkałam pragnąc w duszy ukryć się gdzieś jak najdalej od niego. Jego
wzrok wciąż spoczywał na mojej twarzy. Jego zachowanie było prawie mechaniczne.
Pochylił się lekko w moim kierunku, a jego zapach momentalnie wypełnił moje
nozdrza. Pachniał tak dobrze. Czułam wokół siebie dym papierosowy wymieszany z
wonią jego perfum. Mimo wszystko ten przerażający wzrok...
- Podoba mi się, jak
mówisz do mnie "pan". - mrugnął jednym okiem i jakiś złowrogi błysk
zaiskrzył w jego oczach. Zmusiłam się do uśmiechu, gdy poczułam ciarki
przebiegające przez kręgosłup i to jak włosy stają mi dęba. Przechyliłam głowę
na bok zdziwiona jego bezprecedensowym zachowaniem. Ponownie stanął prosto,
patrząc na mnie z góry z racji swojego wzrostu. Nawet mimo lady, która była
między nami, był wyższy o głowę. Bardzo mnie onieśmielał. To znaczy, to
zdarzało mi się już wcześniej. Fajni kolesie od czasu do czasu przewijali się
przez tę kawiarnię, powodując, że moje policzki stawały się koloru cholernego
pomidora, ale to? Jezu. To jakiś całkiem nowy poziom. W środku, aż cała się
trzęsę, głos mnie zawodzi, ręce mi drżą.
Lekko mnie przeraził.
- Zazwyczaj nie macie
otwarte o tej porze dnia. - jego głos momentalnie nabrał formalnego wyrazu, był
poważny, biznesowy. Nie wiem co, ale coś kazało mi przyjąć nieco bardziej
profesjonalne podejście w związku z jego nowym nastawieniem. Wyglądał młodo,
mógł mieć coś koło dwudziestu lat? Skórzana kurtka dodawała mu charakteru.
Wyprostowałam się niemal jakbym podejmowała jakieś wyzwanie, miałam ogromną
ochotę sprawdzić jak zareaguje na moje śmiałe poczynania, ale jednak się nie
zdecydowałam. Za duże ryzyko, żeby zagadać do kogoś tak... dystyngowanie...
zimnego.
- To się już więcej
nie powtórzy. - powiedziałam brzmiąc na bardziej pewną siebie, niż byłam w
rzeczywistości. Zaczynałam czuć się niekomfortowo. Jedynym co mogłam zrobić,
żeby zachować regularność mojego oddechu, było odwrócenie od niego wzroku. Jego
chłodne, przeszywające mnie na wylot spojrzenie nie opuściło mojej twarzy ani na
moment. Zaczęłam grzebać w papierach schowanych za automatem do kawy, próbując
odwrócić swoją uwagę od przystojnego, onieśmielającego mnie mężczyzny.
W pomieszczeniu
zabrzmiał dźwięk telefonu, na co w odpowiedzi wywrócił oczami.
- Malik! - aż
podskoczyłam słysząc jego ostry ton.
- Safaa jest ze mną.
Znalazłem ją. - spojrzał na dziewczynę, przez swoje ramie, po czym wrócił na
mnie wzrokiem uśmiechając się pod nosem. Zadrżałam lekko, kiedy znowu poczułam
ciarki w dole kręgosłupa. - Po prostu poczekaj. Nie wychodź nigdzie. - Jego
głos brzmiał bardziej niż poważnie. Zamknął telefon, który odsunął od ucha i
wyjął kolejny. Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że w ręku trzyma Malik Cell.
Jeden wsunął do swojej kieszeni w spodniach. Drugi po chwili umieścił w swojej
skórzanej kurtce. Jezu, ile on ich potrzebował? Musiał nieźle zabulić, żeby je
mieć.
- Bardzo przepraszam,
ale zamówiłem coś dzisiaj rano. Zdaje się, że zgubiłem poczucie czasu w tym
całym zamieszaniu, co jest w ogóle do mnie niepodobne. Chciałem tylko
przeprosić i uważam, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem będzie, gdy po prostu
zapłacę za swoje zamówienie, skoro i tak tu jestem. - jego głos był
hipnotyzujący, ale wyraz jego twarzy pozostawał niezmienny. Zero emocji. To
wyglądało tak, jakby z czymś się zmagał, jakby jakaś wewnętrzna niewidzialna
siła starała się go powalić na ziemię, ale on stał tam dalej niewzruszony.
Chciałam czymś w niego rzucić i zobaczyć, czy chociaż się skrzywi. No po prostu
jego rysy nie miały żadnego wyrazu. Obejrzał się za siebie i spojrzał jeszcze
raz na dziewczynę. Podążyłam za jego wzrokiem. Obserwowała go cały czas, ale
gdy tylko się odwrócił spuściła wzork i utkwiła go w swoich dłoniach, leżących
na stoliku. Też wydawała się nieźle wytrącona z równowagi, co mnie nieco
pocieszyło. Nie byłam jedyną osobą, czującą się przytłoczoną obecnością
bezimiennego mężczyzny.
- Dziewczyna? - moje
usta wyrwały się z pytaniem nie konsultując tego z moim umysłem. Ciekawość
wzięła górę, kiedy zaczęłam się nad nią zastanawiać. Zdałam sobie sprawę z tego
co powiedziałam i miałam ochotę zapaść się pod ziemię przed jego onieśmielającą
sylwetką. Poczułam gorąco na policzkach, gdy dostrzegłam rozbawienie w oczach
ochroniarza.
Popatrzył na mnie
jakbym przynajmniej przed chwilą przywaliła mu w ramię. Pierwszym odruchem,
który poczułam była silna potrzeba cofnięcia się.
- Siostra. -
odpowiedział, jego głos był poważny, kiedy postanowił poprawić mój błąd. Linia
jego szczęki stała się bardziej widoczna, gdy sięgnął do tylnej kieszeni swoich
jeansów. Wyciągnął portfel i rzucił na ladę studolarówkę. Ciągle wlepiał we
mnie ten swój ciemny wzrok.
- Zamówienie na
nazwisko Malik.
Jest zły? Jezu... Pomyliłam się tylko. Sorry, psycholu. Przygryzłam wargę, cały czas czując jego
palące spojrzenie.
- P..przepraszam. -
mój głos nie brzmiał już tak pewnie. Spojrzałam w dół na kartkę z zamówieniem i zmarszczyłam brwi. Po co mi to daje? Odwróciłam się i namierzyłam wzrokiem papierową torebkę ze starannie przyczepioną karteczką z nazwiskiem "Malik". Przeprosiłam na moment i podeszłam po nią. Chwyciłam ją i umieściłam przed nim na ladzie. Czułam jak żołądek wywraca mi się na drugą stronę, gdy odważyłam się podnieść na niego wzrok. Cały czas mierzył mnie palącym spojrzeniem. Nie mógłby się chociaż na chwilę pogapić się na coś innego? Dać mi trochę przestrzeni? Zerknęłam do środka papierowej torby. Czekaj, to ten koleś, który zamówił tylko "Flat White"? Wydawało się, że ma bardzo sprecyzowany czas odbioru.
- Rachunek wynosi tylko...
- Nie obchodzi mnie ile wynosi rachunek. Zatrzymaj resztę. - odparł poważnym, biznesowym tonem.
- Ale...
- Nie. Obchodzi. Mnie. To. - wycedził powoli każde słowo, jakby chciał mieć pewność, że wyryje je w mojej świadomości. Przeniosłam wzrok z jego twarzy na banknot, który nadal leżał przed nim. Zawahałam się, ale w końcu wrzuciłam go do kasy i wprowadziłam rachunek. Po chwili na ekraniku zamigotała kwota, którą powinnam mu wydać, ale wyłączyłam powiadomienie i zamknęłam komorę z pieniędzmi. Niepewnie na niego spojrzałam, a on wciąż uważnie badał moją twarz. Przygryzłam wargę, czując się wyraźnie poddenerwowana jego obecnością. Przejechał wzrokiem po całej mojej sylwetce i modliłam się tylko o to, żeby zniknąć.
- Jak masz na imię? - zaskoczył mnie tym pytaniem. Nie spodziewałam się tego, tym bardziej, że na jego twarzy pojawiło się szczere zaciekawienie. Za chwilę jednak jego wyraz znowu był całkowicie nie do odczytania.
- Re. - wymamrotałam niewyraźnie. Naprawdę nazywam się Victoria, ale nienawidzę tego imienia, bo nosi je też moja mama, ale to już całkiem inna historia.
- Zayn. - wyciągnął przed siebie rękę, czekając aż ją uścisnę. Moja dłoń zadrżała jeszcze przed tym, kiedy nasza skóra złapała kontakt. Poczułam niekontrolowany przepływ dreszczy przez całe ciało, kiedy podaliśmy sobie ręce. Szybko cofnęłam swoją, nieco zakłopotana. Muszę się opanować. Zamrugałam gwałtownie, a powieki odzwierciedliły bicie mojego serca. Jeśli poczuł to samo co ja, to musiał być bardzo dobry w ukrywaniu emocji. Lekko skinął głową, odwrócił się i podszedł do swojej siostry. Chwycił ją pod rękę i wyszli z kawiarni. To wszystko działo się tak szybko, ze nawet się nie zorientowałam, kiedy zostałam sama. Zmarszczyłam brwi, co do cholery się właśnie wydarzyło?
***
-Następnego dnia-
Byłam wcześniej, zanim jeszcze ktokolwiek pojawił się w pracy. Jedyną osobą w kawiarni był Ted i cieszyłam się,że chociaż jeden jedyny raz mogę mu pokazać się tak wcześnie. Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło.
- Dzień dobry. - rzuciłam śpiewnym głosem, mijając chłopaka. Powiesiłam torebkę na wieszaku i zawiązałam sobie fartuch, po czym ruszyłam na swoje miejsce za ladę.
Odwrócił wzrok od papierkowej roboty, wymamrotał "cześć" i zaraz wrócił do tego czym aktualnie był zajęty. Podniosłam brew nie spuszczając z niego wzroku, a on momentalnie odwrócił głowę w moją stronę. Na jego twarzy malowało się wyraźne zdziwienie moją wczesną obecnością. Chyba nie spodziewał się, że to ja. Cóż, nie mogę go winić, bo spóźniałam się zawsze. Budziki są moimi największymi wrogami. Są strasznie irytujące i to dzięki nim mam te poranne humory.
- Re? - jego głos zabrzmiał nienaturalnie wysoko. Patrzył na mnie, jakby nie wierzył że tam stoję. - Jesteś wcześnie.
- Wolałbyś, żebym była później, Ted? - podskoczyłam i usiadłam na ladzie, podrzucając w górę świeżą bułkę i łapiąc ją z powrotem w dłonie.
- Złaź z blatu, dopiero go wytarłem. - wymamrotał.
Gnojek.
- Właściwie to wolałbym, żebyś przychodziła po prostu na czas, bo teraz bedziesz mnie rozpraszać, a mam robotę do zrobienia. Przyszły już dwa zamówienia. Mogłabyś się nimi zająć? - zapytał mnie, kiedy akurat zeskakiwałam z lady. Starałam się złapać równowagę, po tym jak prawie skręciłam sobie kostkę. Niezdarna idiotka.
- Nienawidzę robić zamówień. - zabrzmiałam jak mały dzieciak. Zazwyczaj to Amber się nimi zajmowała. On na bank starał się mnie zabić.
- Nienawidzisz robić wszystkiego, co ci każę. Po prostu się za to zabierz i ciesz się, że ci zapłacę. - odwrócił wzrok, dając mi jasno do zrozumienia, że nie ma zamiaru wdawać się ze mną w żadne utarczki o 8:30 rano, kiedy odwala swoją papierkową robotę. Zazwyczaj otwierałam o 9:00, ale z uwagi na to, że dzisiaj pojawiłam się wcześniej, mała ilość snu jaką zaczerpnęłam powoli dawała mi się we znaki. Byłam zdeterminowana, żeby skończyć dzisiaj wcześniej i wreszcie móc pozwolić sobie na małe imprezowanie z dziewczynami. Już jakiś czas nigdzie nie wychodziłam. Odkąd zaczęłam chodzić na Uniwersytet nie robiłam niczego innego poza pracą i nauką. Nie zdziwiłabym się gdybym upiła się jednym drinkiem i obudziła w sobie imprezowe zwierzę.
- Jasne. Czemu nie. - wymamrotałam z wyraźnie pogorszonym humorem. Podeszłam do końca lady, gdzie trzymaliśmy zamówienia. Pochyliłam się nad blatem i przyciągnęłam sobie stołek, żebym mogła usiąść. Bębniłam palcami o twardą powierzchnie, kompletnie ignorując dwie karteczki wiszące tuż przed moja twarzą. Głośno zaciągnęłam się powietrzem. Powinnam się uczyć. Egzaminy zaczynają się za dwa dni, a ja jeszcze niczego nie ruszyłam. Przypomniały mi się czasy liceum.
Siedziałam w zamyśleniu, jak mi się wydawało jakieś pół godziny. Spojrzałam na zegarek. 9:45. Ostatecznie postanowiłam przejrzeć zamówienia. Przetarłam oczy, żeby przystosować je do widoku drobnego pisma Ted'a.
Przyjrzałam sie bliżej, kiedy moim oczom ukazało się nazwisko Malik. Malik, Malik... coś mi gdzieś dzwoni, ale nie wiem jeszcze w jakim kościele. Zmarszczyłam brwi. To ten facet, który był tu wczoraj. Nawet nie wiem czemu tak mnie to ruszyło. Wstałam gwałtownie i krzesełko, na którym chwilę wcześniej siedziałam przewróciło się z hukiem. Wiedziałam, że wszystkie oczy osób zgromadzonych w kawiarni są zwrócone dokładnie na mnie.
- Coś nie tak, Re? - usłyszałam szept Ted'a, stojącego po drugiej stronie automatu do kawy. Widziałam poirytowanie na jego twarzy, kiedy zakłóciłam jego obsługiwanie klienta. Jezu, weź się zajmij swoim gównem, mną się nie interesuj.
Potrząsnęłam głową i kiwnęłam ręką w jego stronę, dając znać, że wszystko w porządku, ale w głowie wyobrażałam sobie, że właśnie macham mu przed oczami środkowym palcem. Poprawiłam włosy, wciąż czując na sobie spojrzenia wścibskich klientów. Zadrżałam w środku, kiedy kolejny raz rzuciłam okiem na małą karteczkę. Miała jasno określony czas odbioru. "10:00 PUNKT!" Ted zapisał to grubymi, drukowany literami, co mnie trochę przeraziło. Nawet na zamówieniu Zayn był onieśmielający. Na drugiej kartce widniało imię Amy. Jej zamówienie miało być zrealizowane do 12:00, więc miałam jeszcze czas się tym zająć, ale Zayn. Odetchnęłam ciężko. Koleś, który onieśmielał mnie jak jasna cholera. Wydawał się taki chłodny i wszystko zdawał się robić w pośpiechu. Szczerze bałam się z nim ponownie spotkać.
- Ted, możesz się zająć tym zamówieniem? - zapytałam i machnęłam w powietrzu karteczką z zamówieniem Zayn'a. Co? Jak to w ogóle możliwe, że pamiętam jego imię.
- Nie, ty dzisiaj robisz zamówienia.
Wywróciłam oczami w odpowiedzi na jego nieznoszący sprzeciwu ton. Postanowiłam się jednak za to wziąć. Przecież wcale nie muszę się z nim widzieć. Zaczęłam czytać, to co sobie zażyczył, wiedząc że pojawi się tu niedługo.
Jedna "Flat White". Jedna kostka cukru. Mleko. To wszystko? Mógłby przyjść osobiście i to zamówić, a ja zrealizowałabym zlecenie w ciągu dwóch minut, przez które musiałby poczekać. Ale zaraz zaczęłam się nad tym zastanawiać. Wyglądał na dość zajętego faceta, choćby przez to jak tłumaczył się wczoraj, dlaczego nie odebrał swojej kawy na czas. Nie to, że jakoś się tym bardzo przejął, czy coś, ale zawsze.
Obsługiwałam długą kolejkę klientów, ale co jakiś czas zerkałam na swój zegarek, ciągle sprawdzając godzinę. Ludzie zaczęli mi się dziwnie przyglądać i interesować moim zdenerwowaniem.
- Czekasz na coś, skarbie? - zapytała starsza kobieta, uśmiechając się do mnie z radością. Odpowiedziałam uśmiechem i skinęłam głową, znowu zerkając na zegarek.
- Mam zamówienie dla kogoś. - pokiwała porozumiewawczo i ruszyła do stolika. Po raz setny spojrzałam na zegarek wiszący tym razem na ścianie. 9:52. Popatrzyłam wymownie na Amber, która siedziała w kącie i starała sobie znaleźć jakieś zajęcie. Jak się spodziewałam, momentalnie odebrała mój niemy sygnał i zastąpiła mnie za ladą. Mogłam więc zacząć przygotowywać zamówienie dla Zayn'a. Kiedy skończyłam, umieściłam kawę w tekturowym pojemniku do trzymania i odstawiłam na bok, gdzie zazwyczaj stawialiśmy rzeczy gotowe do odebrania.
Nie wiem o co chodzi z tym kolesiem, Zayn'em, czy jakoś tak, ale mnie przerażał. Samo myślenie o nim, sprawiało, ze czułam się poddenerwowana. Jego powściągliwe zachowanie i to, że nie miał zamiaru ustosunkowywać się do gównianych interesów innych osób. To akurat mogłam zaobserwować po tym, jak rozmawiał ze swoją siostrą.
Przeszłam na drugą stronę długiej lady i chwyciłam dzbanek z kawą, stojący obok Amber, posyłając jej przy tym leniwy uśmiech. Ona już wiedziała o co chodzi. Przyszedł Graham. Podeszłam do niego, gdy dotarł do swojego stałego miejsca, przy frontowej szybie. Miał na sobie spodnie w kratkę i kamizelkę golfową. Był ubrany jak typowy, starszy pan.
- Och, Victoria. - uśmiechnął się, kiedy ściągał kurtkę. Pomogłam mu usiąść. Był jedyną osobą, która mogła zwracać się do mnie moim prawdziwym imieniem. Nawet mi to nie przeszkadzało, bo bardzo dobrze odnajdywałam się w jego towarzystwie.
- Jak sie dzisiaj czujesz, Graham? Wszystko po staremu? - zapytałam z grzeczności, chociaż wcale nie musiałam, bo doskonale wiedziałam jakiej odpowiedzi mi udzieli. Napełniłam jego kubek kawą, wiedząc do jakiej wysokości dokładnie mam nalać czarnego płynu. Nie do pełna, trzeba zostawić odrobinę przestrzeni, tak żeby mógł dmuchnąć do środka, bez rozlewania. Zawsze mi to powtarzał.
- Dziękuję, moja droga. - uśmiechnął się i dmuchnął w kłąb pary unoszącej się nad kubkiem. - Wiesz... Nic tak nie cieszy starego człowieka, jak dobra kawa. - podniósł głowę i uśmiechnął się do mnie ponownie, na co odpowiedziałam tym samym.
- Piękny dzień, nieprawdaż? - rzucił wesołym głosem i spojrzał za szybę, a ja podążyłam za jego wzrokiem. Tak, naprawdę był piękny dzień, a ja utknęłam tutaj. W tym koszmarnym miejscu wypełnionym bogatymi ludźmi, albo tymi w miarę normalnymi, ale dość wstydliwymi, którzy zawsze zajmowali miejsca z tyłu kawiarni, żeby uniknąć zbytniego tłumu. Błyszczący, czarny Bentley zatrzymał się przed wejściem do kawiarni zasłaniając mi piękny widok na okwiecony park po drugiej stronie ulicy. Zmarszczyłam brwi, wyraźnie niezadowolona tym, że krajobraz został mi zabrany przez jakiegoś zadufanego w sobie bogacza. Właściwie, to czemu kieruję się cały czas stereotypami?
Chwilę później usta otworzyły mi się ze zdziwienia, gdy z samochodu wynurzył się Zayn. Zrobił to z ogromną gracją i bez najmniejszego trudu. Jeśli mam być szczera, to nie zostawiałabym tak drogiego samochodu zaparkowanego gdzieś w Bradford. Zatrzasnął drzwi i uniósł nad ramieniem kluczyk z jak się domyślam pilotem. Światła w aucie zamigotały i po chwili zgasły. Głośno przełknęłam ślinę, nawet w świetle dziennym wydawał się mieć mroczny wzrok.
- Mam nadzieję, że kawa będzie ci smakować, Graham. - uśmiechnęłam się do mężczyzny posyłając mu ostatnie spojrzenie, kiedy z uśmiechem odprawił mnie ruchem głowy. Zostawiłam na jego stoliku dzbanek, dobrze wiedząc że będzie chciał dolewkę.Dzwoneczek przy drzwiach zabrzęczał i serce momentalnie podskoczyło mi do gardła. Och. Kurwa.
Spojrzałam w jego stronę, gdy tylko pojawił się w wejściu. Kilkoro ludzi również zwróciło na niego uwagę i nawet Amber stojąca za ladą, była nieco zszokowana jego wyglądem. Ona to akurat była pewnie bardziej zaaferowana nim pod względem seksualnym, niż tym, że się go bała czy coś. Przełknęłam ślinę i ruszyłam w jego kierunku, mając nadzieje wyminąć go, jakby był zwykłym klientem, którego pierwszy raz widzę na oczy. Zwinnie omijałam stoliki i siedzących przy nich ludzi, ale nie byłabym sobą, gdybym nie potknęła się w końcu o nogę jednego z odstawionych krzeseł. Zanim zdążyłam upaść, poczułam jakąś ratującą mnie dłoń.
- Ostrożnie. - głos, który usłyszałam był onieśmielający.
Nie wiedziałam co mam powiedzieć, kiedy zdałam sobie sprawę do kogo należy. Zayn. Wyprostowałam się i cofnęłam rękę z jego lekkiego uścisku. Zrobiłam krok do tyłu lekko przestraszona jego wysoką sylwetką. Właśnie oszczędził mi wstydu. Powinnam być mu wdzięczna, zamiast się go bać.
- Dzięki. - uśmiechnęłam się, ale podejrzewam, że nie wyglądało to ani trochę przekonująco.
- Uważaj następnym razem. - ostrzegł niskim głosem.
Cholera. Z trudem przełknęłam ślinę i ruszyłam za ladę, by wziąć jego kawę. Amber mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Oczywiście, gdzież by odpuściła okazję zainteresowania się jakimś niegrzecznym chłopcem. Chwyciłam kubek i przygryzając wargę ruszyłam w stronę chłopaka. Stanęłam przed nim i postawiłam na ladzie jego zamówienie. Boziu, serio był wysoki. Wysoki i przystojny. Wybiłam towar na kasie. Zawsze był taki spokojny i onieśmielający. Głównie onieśmielający.
- Trzy funty. - wymamrotałam niewyraźnie, znowu lekko poddenerwowana. Przygryzłam wargę i zaczęłam niepewnie bawić się palcami.
Tak samo jak zeszłego wieczoru, stał i się po prostu na mnie gapił. Oblizałam wargi i popatrzyłam na kawę stojącą między nami. Może powinnam była do niej napluć?
Lekko pochylił się w jedną stronę i wyciągnął swój czarny portfel. Zauważyłam, że ma na sobie garnitur, jakby dopiero co wyszedł z jakiegoś ważnego spotkania. Jego włosy nadal były w artystycznym nieładzie, ale postanowiłam się nad nie rozwodzić. Pewnie tak miało być i muszę przyznać, że ta fryzura do niego pasowała. Wsunął swoje palce do jednej z przegródek i wyciągnął, tak jak poprzednio, banknot stu dolarowy. Położył go na ladzie i przytrzymując dłonią, przesunął w moją stronę. Cały czas czułam na sobie jego palący wzrok.
- Zatrzymaj resztę dla siebie. - mrugnął do mnie i momentalnie poczułam dreszcze w każdej części mojego ciała. Podniosłam na niego wzrok, czułam się niekomfortowo z tym, że daje mi tak wysoki napiwek. Podniósł kubek i upił łyk, cały czas mi się przyglądając. Jego dłoń ciągle spoczywała płasko na banknocie.
- Dlaczego?! - rzuciłam - Dlaczego dajesz mi tak wysoki napiwek?
Jego oczy lekko się zwęziły, jakby poczuł fizyczny ból po usłyszeniu mojego sprzeciwu, ale zaraz zauważyłam, ze stara się rozpracować, dlaczego się waham.
- A dlaczego nie? To ci przeszkadza? - zapytał, lekko przekręcając głowę. Wciąż nie mogłam odczytać żadnej emocji z jego twarzy. Ale to coś w jego oczach tak bardzo mnie onieśmielało. Znowu zaczynałam chować się pod swoją skorupą. Pewność siebie i adrenalina uleciały w mgnieniu oka.
- N..nie.. A..ale ja... - zamilkłam na chwilę, starając się pozbierać do kupy - Nie przeszkadza mi to, tylko zastanawiam się po co to. - zapytałam czując nagłe zainteresowanie jego zagrywkami.
- Bo jesteś warta każdego grosza. - szepnął. Na jego ustach pojawił się półuśmiech, kiedy przekręcił głowę w bok, a mój wzrok powędrował na jego szyję. Jego jabłko Adama było wyraźne za każdym razem, kiedy tylko przełykał swoją kawę.
- Z przyjemnością bym jeszcze z tobą porozmawiał Re, ale najlepiej będzie jak już pójdę. Mam kilka spotkań. - Bez żadnego ostrzeżenia chwycił moją dłoń i cmoknął jej zewnętrzną stronę, nie spuszczając przy tym ze mnie wzroku. Przygryzłam wargę wyraźnie zaskoczona jego niespodziewanym gestem. Odsunął się nadal uważnie badając rysy mojej twarzy. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale czułam się nieprzyzwoicie, kiedy tak się na mnie gapił. Nienawidziłam tego. Jego duża dłoń powędrowała do góry, a po chwili poczułam jak uwalnia moją dolną wargę z pomiędzy moich zębów, lekko pociągając za brodę. Pochylił się w moją stronę, a jego zapach sprawił że zaczęłam topić się we własnych smutkach. Jego zapach, zapach który już zdążyłam pokochać, całkowicie mną zawładnął. Po chwili wróciłam do świadomości i zdałam sobie sprawę z tego co robi. Jego palce odgarnęły pasemko moich włosów i wsunęły je za ucho. Poczułam jego usta tuż przy linii mojej szczęki i momentalnie wstrzymałam oddech. Za blisko. ZA BLISKO.
- Przestań. - zamilkł na chwilę i przywarł ustami do płatka mojego ucha - Przygryzać wargę. - jego głos był ostry i lekko ochrypły. Zrobiłam krok do tyłu, lada między nami gwarantowała mi potrzebny dystans. Jego oddech był taki chłodny. Nie miałam pojęcia, że znowu to robię. Popatrzył na mnie przeszywającym wzrokiem i ponownie delikatnie pociągnął za brodę. Ups.
- Serio mówię. Przestań. - uparcie trzymał ze mną kontakt wzrokowy, kiedy nagle przy jego uchu pojawił się telefon.
- Malik. - rzucił szybko - Co?! - zmarszczył brwi i odezwał się zbyt głośno, niż to było konieczne. Klienci popatrzyli na mnie, jakbym to ja była powodem jego nagłego przypływu złości. Jego oczy pociemniały, gdy z frustracją przeczesał palcami swoje włosy. Zapobiegawczo zrobiłam jeszcze jeden krok do tyłu.
- Kurwa. Wyślę po nią Jason'a... Nie obchodzi mnie to... Nie. Powinnaś być bardziej odpowiedzialna. - z trzaskiem zamknął swój telefon, jego szczęka znowu była naprężona. Widziałam jak cały kipi ze złości i po prostu się go przestraszyłam. Popatrzył mi w oczy i odetchnął głośno.
- Do zobaczenia następnym razem. - formalnie kiwnął głową do mnie i do Amber, która zmaterializowała się przy moim boku. Jak to następnym razem? Nie mam zamiaru więcej się z tobą spotykać.
- Victorio. - uśmiechnął się chłodno - Oddychaj. - szepnął. Szerzej otworzyłam oczy. Skąd wiedział jak mam na imię?
Ruszył w kierunku drzwi z ogromnym wdziękiem. Widziałam jak kilka dziewczyn siedzących przy stoliku w kącie, zaczęło go skanować wzrokiem. Miło się na niego patrzyło, ale jego osobowość, była ciężka do zniesienia i miałam nadzieję, że nie tylko ja tak czułam się w jego towarzystwie. Chwyciłam pieniądze z blatu i wrzuciłam je do kasy, zdając sobie sprawę, że od jakiegoś czasu wstrzymuję oddech.
- Kto to kurwa jest? - Amber zapytała cicho i niemal czułam jej podekscytowanie, którym emanowała. Uniosła brwi wyraźnie zaciekawiona. - Re?!
- Nie wiem? Ale cholernie mnie przeraża. - wymamrotałam i przeniosłam wzrok z jego oddalającego się właśnie auta na aktualnie rozpaloną erotyzmem zieleń oczu mojej koleżanki.
- Seksowny jest. - szepnęła, kiedy kolejny klient podszedł do lady. Kiwnęłam głową, całkowicie się z nią zgadzając. Jest w nim coś dziwnego. Nie mam pojęcia co, ale coś po prostu jest z nim nie tak. Jedno wiem na pewno. Jeśli jeszcze tu wróci, Amber na pewno się za niego weźmie. Nie mam najmniejszych wątpliwości.