Notka autorki: Kontrakt, który pisałam robiony był w pośpiechu i prawdopodobnie wiele rzeczy jest w nim nie tak jak być powinno, ale cóż... Mimo wszystko mam nadzieję, że będzie wam się podobać.
Notka tłumaczki(czyli moja, hłe hłe): Nie jestem tłumaczem przysięgłym, ani nawet zawodowym, więc moje tłumaczenie umowy, też pozostawia pewnie wiele do życzenia, bo się po prostu na tym nie znam ;) Mimo to starałam się jak mogłam. Po sprawdzeniu, okazało się, ze w umowie jest kilka literówek, ale jestem zbyt leniwa, żeby paprać się z tymi scanami od nowa, więc wybaczcie, liczę na Wasze zrozumienie ;)
______________________________________________________
Serce zaczęło walić mi, jak oszalałe. Zayn, cały czas kciukiem delikatnie pocierał knykcie moich palców, od momentu gdy tylko zauważył moje zdenerwowanie. Dzięki temu mój oddech nieco się umiarkował, ale czy on na serio gada z Devon'em? Po co?!
- Nie. . . Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że jest pan menadżerem Malik Heritage w Kalifornii, panie Anderson. . . Tak. - usta chłopaka zacisnęły się w pojedynczą, wąską linię. - Rozumiem. . . Nie. - zmarszczył brwi, wyglądając na nieźle już wkurzonego - Właściwie, panie Anderson, to chciałbym się spotkać z panem i pańską asystentką, panną Thompson.
Siedziałam oniemiała i przysłuchiwałam się jednostronnej konwersacji. To się nie dzieję naprawdę! Zarzekałam się, że już nigdy więcej nie chcę widzieć, słyszeć, albo nawet być gdzieś w pobliżu Devon'a.
- Idealnie... - Zayn popatrzył na mnie z góry, a jego oczy błysnęły chłodno, gdy uśmiechnął się złowieszczo. Co on kombinuje?! - Nie, panie Anderson. To nie będzie konieczne. Z przyjemnością przyjadę. Muszę sprawdzić kilka moich firm i na własne oczy doświadczyć, jak prosperują.
Co?!
- Dziękuję za pański czas... Do widzenia. - Zayn wziął głęboki oddech i z wielką siłą trzasnął telefonem o blat kuchenny. Podskoczyłam na krzesełku, a on przeniósł na mnie wzrok.
Już rozumiem czemu Malik Celle są wstrząsoodporne. Są przeznaczone specjalnie dla ludzi, którzy mają problemy z panowaniem nad agresją. *Kaszle* Dla ich twórcy.
- Wychodzi na to, że pan Anderson nadal jest popapranym gnojem. - rzucił przez zaciśnięte zęby.
- C..co? - nie mogłam sklecić porządnego zdania. Mój głos był niepewny i słaby. Po co musiał do niego dzwonić? Po co?! - Co się stało? - zapytałam. Na serio chcę wiedzieć? Zayn westchnął cicho i nalał sobie szampana. Szczęśliwie, mój kieliszek też uzupełnił, a ja z radością od razu się nim zajęłam.
- Jest przebiegły... Bardzo przebiegły. Zna się na swoim gównie i wie, skąd czerpać informacje. Wnioskując po jego profilu, dokładnie sprawdza wszystkie swoje asystentki, co jest legalne. Sam tak robię. Właśnie w taki sposób dowiedziałem się, jakie jest twoje prawdziwe imię, Victorio. - wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszająco, po czym powrócił do poważnego nastroju. Zaraz, zaraz... Czyli on wie o mnie o wiele więcej, niż mu powiedziałam? Prześladowca.
- Jeśli jakaś kandydatka ma coś na sumieniu i nie wspomniała o tym w CV, on ją zatrudnia. To jakiś popaprany skurwiel, świetnie znający się na wszelkich formach szantażu. Negocjator, dobrze znający się na swojej robocie i sile słów. To akurat podziwiam u swoich pracowników. - zamilkł na chwilę i przeczesał palcami swoje czarne włosy. Podniosłam kieliszek i wychyliłam z niego najwięcej ile udało mi się zmieścić do buzi.
- Zwolnij, Mała. - bąknął, wyjmując mi kryształowe naczynie z ręki. Nie! To mi dobrze zrobi! Pomaga na zdenerwowanie. Westchnął pod nosem i spojrzał na mnie z góry. Jego oczy pociemniały i znowu stały się chłodne.
- Pierdoli się ze swoimi asystentkami, a potem je szantażuje. Niektóre odchodzą, inne zostają. Ale w przeciągu ostatniego miesiąca, miał już sześć asystentek! - pokręcił głową - Jestem wkurwiony na siebie, jak mogłem o niczym nie wiedzieć?! Byłem kompletnie nieświadomy tego, co on wyprawia! I na moich pracowników też jestem wkurwiony, bo o niczym nie raczyli mnie powiadomić. Skurwiel tylko marnuje mój czas. - znowu pokręcił głową i wyzerował swój kieliszek. Och, no to on może pić, a ja nie?!
Nerwowo przygryzłam dolną wargę. Devon nadal wydawał mi się przerażający. Zaczęłam niekomfortowo kręcić się na krześle.
Zayn popatrzył na mnie z góry i powoli zaczął się uspokajać, kiedy tak skanował moją twarz. Pochylił się lekko i chwycił mnie za obie dłonie, wpatrując się prosto w moje oczy.
- Jest ok. Wszystko będzie dobrze. - delikatnie cmoknął kostki moich palców, po czym pocałował mnie w usta.
- Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby zniszczyć tego skurwysyna. - szepnął pocieszająco.
Ręką objął mnie w talii i gwałtownie przyciągnął do swojego ciała. Zmuszona byłam wstać z krzesła i stanąć między jego nogami. Odetchnęłam głośniej, a on pogłębił pocałunek. Niedosyt i desperacja, tylko to czułam. Jedną dłoń wplótł w moje włosy, a drugą położył na mojej pupie. Nagle odsunął się ode mnie i warknął pod nosem.
- Nie tak wyobrażałem sobie ten poranek. - wymamrotał, tuż przy moich wargach. Panno Greene, proszę odebrać telefon. Czuje jak wibruje.
Och.
Swoje usta przeniósł w okolicę mojej szyi, kiedy niezdarnie szamotałam się z ciasną kieszenią moich jeansów. Było mi trudniej tym bardziej, że Zayn nadal przyciskał swoje ciało do mojego. W końcu udało mi się wyciągnąć komórkę i próbując uwolnić się z jego uścisku, przycisnęłam ją do ucha.
- Halo?
- Re? Gdzie jesteś? - to Ted. Kurwa. Spojrzałam na Zayna, szeroko rozpostartymi oczami, a on zmarszczył czoło.
- Hej, Ted. Gdzie jestem? Jestem... - powtórzyłam głośno i wyraźnie, żeby Zayn zrozumiał moje aluzje.
Rozbawiony uniósł brew i bezgłośnie powiedział słowo "jedzenie". Co, jedzenie?! O co mu chodzi?
- Uh, wyszłam zrobić zakupy w piekarni. - zdenerwowana potarłam czoło palcami i poczułam oddech Zayna, na mojej szyi. Chwyciłam go za ramię, czując jak podbrzusze wypełnia się pożądaniem. To, że próbowałam go od siebie odsunąć, tylko go zachęcało. Arghh.... Chciałabym, żeby przestał.
- Wyjeżdżamy o 17:00. Wracasz z Amber? - zapytał Ted.
Zayn pocałował miejsce, gdzie odznaczała się widoczna malinka. Delikatnie przejechał po niej opuszkami palców, po czym odgarnął moje włosy na jedno ramię. Sekundę później poczułam jego gorące wargi na tym samym miejscu.
- Uh... - O mój Boże... Jego usta działają cuda.
- Re?
- Przepraszam Ted, co powiedziałeś... mówiłeś? - zmarszczyłam brwi - To znaczy! Co mówisz? - Zayn odsunął się lekko i zaczął śmiać się cicho z mojego aktualnego roztrzepania. Momentalnie zasłoniłam jego usta ręką, a on mocniej oplótł mnie w talii i patrząc prosto w oczy, rozbawiony przygryzł mojego wskazującego palca. Jezu, ten koleś jest perwersem.
- Co mówiłem? Re, spałaś ty w ogóle dzisiaj coś? - zaczerwieniłam się. Nie, Ted. Byłam zbyt zajęta bzykaniem się z twoim szefem. Zachichotałam sama do siebie. Nie to, że Zayn jest jego szefem, ale to lepiej brzmi. - Wyjeżdżam o 17:00, wracasz z Amber? - powtórzył rozdrażniony.
- Uh.., och. Kurwa. Taa, muszę wrócić z tobą, Ted. James i Amber nie będą mieli miejsca, wzięli ze sobą tony bagażu. - mocniej chwyciłam ramienia Zayna i tym razem udało mi się go od siebie odsunąć. Przełożyłam telefon do drugiego ucha, uważnie obserwując jak wzrok chłopaka stojącego przede mną wyraźnie ciemnieje. Ted zaśmiał się cicho.
- Tylko się nie spóźnij, ok?
- Tak jest, proszę pana. - bąknęłam poirytowana i odetchnęłam głośno. Dłonie Zayna wspinały się w górę moich ud. Zabawnie wydął swoje usta, błagając o jakikolwiek kontakt z moimi. Przygryzłam dolną wargę, a na jego twarzy momentalnie pojawił się dobrze znany mi grymas niezadowolenia.
- Znalazłem budynek pod kawiarnię, tutaj w Londynie. Bardzo przestronny. Chciałem, żebyś najpierw ty rzuciła na niego okiem, zanim uzgodnię szczegóły z pośrednikiem.
Przycisnęłam telefon do klatki piersiowej i zrobiłam krok w tył, odsuwając się od Zayna, który aktualnie wtulał głowę w zagłębienie między moją szyją, a ramieniem.
- Przestań. - szepnęłam i z powrotem podniosłam urządzenie do ucha - Taa, napiszę ci SMS'a, kiedy wyjdę.
- Ok, nie zapomnij. - wzięłam głęboki oddech, kiedy na linii zapanowała głucha cisza.
- Nigdy nie przypuszczałem, że połączę biznes z przyjemnością. - wyszeptał Zayn, unosząc jedną brew, a ja zaplotłam swoje ręce na piersiach. - Udowadnia mi pani, że się myliłem. To już kolejny raz, panno Greene.
- I nadal oczekujesz, że będę twoją asystentką, albo stażystką? - zapytałam unosząc brwi.
- Jeśli to znaczyłoby, żeby mógłbym pieprzyć cię na moim biurku, to tak. - uśmiechnął się szeroko. Hmm, ma tak samo, nierówno pod sufitem, jak Amber. Żadnych zahamowań. Wali prosto z mostu. Zaczerwieniłam się, a on delikatnie pogładził mnie po policzku.
- Ted mnie zabije, jak się dowie. - westchnęłam, czując się lekko zażenowana tym tematem. Zayn spiął się momentalnie i przygryzł wargę.
- Nie dowie się. - odpowiedział chłodno.
- Jesteś pewien? - uniosłam brew, a uścisk jego rąk wokół mojej talii nieco zelżał. Teraz obie jego dłonie spoczywały na moich biodrach.
- Wyglądam jakbym żartował?
- Żartował? Ty nigdy nie żartujesz. - wypaliłam zgodnie z prawdą.
Zmrużył oczy, a ja momentalnie zrobiłam to samo. Przekręcił głowę w bok, nadal wpatrując się w moją twarz, ale wyglądał na skonsternowanego.
- Ma pani rację, panno Greene. - powiedział ostrożnie - Jak długo znacie się z Ted'em? - zapytał po chwili.
- Trzy lata.
- I nadal nie dostrzega potencjału, który w sobie kryjesz? - w jego glosie wyczułam niedowierzanie. Skąd on to wie?
- No cóż, po tym naszym wczorajszym spotkaniu, w końcu zdał sobie sprawę, jak dużo moje decyzje w sprawie jego firmy, mu pomogły. Chciał oddać mi kawiarnię. - wzruszyłam ramionami. Zayn natomiast, nie wykazywał żadnych emocji.
- Przyjęłaś ją, prawda? - zapytał.
Zmarszczyłam brwi.
- Nie. W końcu dostał te pieniądze dzięki tobie.
- Dzięki mnie. - prychnął pod nosem - W takim razie, będę musiał mieć na niego oko, Victoria.
- Też tak mi się wydaję. - pokiwałam głową, przyznając mu całkowitą rację. Uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafi, a moje serce od razu zamarło w zachwycie.
- Pani Conrad, jest świetną kucharką. - powiedziałam szybko zmieniając temat.
- W rzeczy samej. - skinął głową, lekko skonsternowany.
- Nie jest blondynką. - zauważyłam.
Uniósł jedną brew.
- No, nie jest.
- Powiesz mi wreszcie?
- Powiem co, panno Greene? - rozbawienie momentalnie błysnęło w jego tęczówkach.
- Dlaczego zatrudniasz tylko kobiety z blond włosami?
- Pani Conrad nie jest blondynką, Mark i Blaise, też nie są blondynkami. Ty nie jesteś blondynką. - wzruszył ramionami.
Fuknęłam pod nosem.
- Ja dla ciebie nie pracuję.
Tym razem to on wzruszył ramionami i westchnął pod nosem.
- Nie mogę ci powiedzieć.
- Nie możesz, czy nie chcesz?
Uniósł jedną brew.
- Nie chcę.
- Dlaczego?!
- Bo to wiąże się z poruszaniem tematu, na który nie mam ochoty rozmawiać. - zmarszczył czoło, a ja odetchnęłam zrezygnowana.
- Muszę to z ciebie wycisnąć?
Uśmiechnął się, ale to w najmniejszym stopniu nie dotknęło jego oczu.
- Niech pani wyciska co tylko chce, panno Greene, ale nawet mimo tego, że ma pani wyśmienite umiejętności negocjatorskie, nie mam zamiaru niczego zdradzić.
Niezadowolona wydęłam usta, a on zaśmiał się pod nosem.
- Nie bądź taka. - rzucił z rozbawieniem w oczach.
- Jaka? - przygryzłam wargę, starając się powstrzymać uśmiech.
- Nie przygryzaj wargi. - bąknął nagle i od razu przypomniała mi się Emma. Zmarszczyłam brwi, a on popatrzył na mnie skonsternowany.
- Jak to się zaczęło? To z Emmą. - zapytałam.
Zayn głęboko zaciągnął się powietrzem, a gdy je wypuszczał, towarzyszył temu gardłowy dźwięk, zdradzający wyraźne rozdrażnienie. Z trudem przełknęłam ślinę, gdy jego oczy pociemniały.
- To już przeszłość, Victoria.
- No to wygląda na to, że powspominamy stare, dobre czasy. - uśmiechnęłam się, ale wcale nie szczerze. On też to zauważył.
- Nie teraz. - zmarszczka na jego czole pogłębiła się. W pomieszczeniu panowała tak wroga atmosfera, że można by było ciąć ją nożem i na kilogramy sprzedawać.
- Zayn.
- Cholera jasna, Victoria! Po prostu przestań! - warknął.
Fuknęłam pod nosem i założyłam ręce na piersiach. Jezu, czuję się teraz jak Amber. Między nami zapanowała kompletna cisza i z sekundy na sekundę robiło się coraz bardziej niezręcznie. Przygryzłam wargę, a kiedy uleciały ze mnie resztki adrenaliny, poczułam chłoną, nieprzyjemną aurę Zayna, która uderzyła we mnie z wielką siłą. Wstrzymałam oddech, widząc jak próbuje się wewnętrznie uspokoić. Powoli podniosłam się z krzesełka i skrzywiłam się, nadal czując dyskomfort.
- Przepraszam, chyba powinnam już i...
- Nie. - zmarszczył brwi i spojrzał na mnie. Jego oczy emanowały złością i pożądaniem. Dziwne połączenie. Wyglądał na serio podkręconego, zwłaszcza z tymi poburzonymi włosami. - Usiądź. - rzucił nieco łagodniej, ale nadal słyszałam zdenerwowanie w jego głosie. Niepewnie zajęłam poprzednie miejsce, a on westchnął głośno.
- Kiedy byłem młodszy moja matka nie wiedziała jak sobie ze mną poradzić, więc za każdym razem kiedy miała jakieś załamanie nerwowe, spowodowane moim nieodpowiednim zachowaniem wysyłała mnie do Emmy.
Och, jednak mówi. Ale co to dokładnie znaczy? Zamilkł i wlepił we mnie wzrok.
- Co? To wszystko? - na mojej twarzy pojawił się grymas, a on natychmiast zmarszczył brwi.
- Nie lubię rozmawiać o mojej przeszłości. - odparł.
Och, i kompletnie zapomniał o mojej przeszłości, o której opowiedziałam mu zeszłej nocy. Pokręciłam głową. Odpuść, Re. I tak ci nie powie. Odetchnęłam najciszej jak potrafiłam i próbowałam się uspokoić.
- Przepraszam. - bąknęłam, chociaż wcale nie miałam zamiaru go przepraszać.
- To nie twoja wina, Victoria.
- Ja nie... - potrząsnęłam głową, czując ogarniającą mnie pustkę - Nie obchodzi mnie to. Po prostu przeprosiłam. - wymamrotałam, wpatrując się w moje dłonie.
Westchnął i wyraźne się rozluźnił.
- Chodź tutaj. - szepnął, przygryzając dolną wargę.
Zawahałam się, a on to zauważył. W jego oczach błysnął wyraz odrzucenia, ale zniknął z jego kolejnym mrugnięciem.
Och, ta warga. Niepewnie zrobiłam krok w jego stronę, zamykając małą przestrzeń między nami i zarzuciłam mu rękę za szyję. Jego oczy zaświeciły nowym blaskiem, stały się żywsze, gdy wplotłam palce w jego miękkie, seksowne włosy. Och, to takie przyjemne. Lekko je pociągnęłam i przywarłam do niego ustami. Mruknął głośno nie odrywając ode mnie swoich warg i po raz pierwszy poczułam, że to ja mam nad nim kontrolę.
Jednak szybko udowodnił mi, że nie mam się czym łudzić. Wstał i z łatwością podniósł mnie, sadzając na kuchennej ladzie. Rozchylił moje nogi i naparł na mnie swoim ciałem. Skrzywiłam się. Ałć!
- Chcę ci powiedzieć, Victoria, ale nie mogę. - wyszeptał niepewnie.
Zamknął moją twarz w swoich dłoniach i przygryzł moją dolną wargę. Chwilę później jego dłonie zacisnęły się na moich udach. Zwinnie odsunął mój pusty talerz po śniadaniu, a on, dzięki Bogu, nie rozbił się z trzaskiem o podłogę. Mimo wszystko szampan nie był tak skory do współpracy i rozlewając się na powierzchni blatu, zmoczył moje jeansy. Jego dłoń spoczywała w moich włosach, kiedy ustami kierował się wzdłuż szyi, a potem po linii szczęki. Położył mnie na mokrym blacie, górując nade mną przytłaczającym wzrostem. Znowu straciłam nad sobą panowanie. Cała złość, którą czułam jeszcze chwilę temu, wyparowała. Jego oddech był urywany i postrzępiony, kiedy odchylił się lekko, słysząc moje niewyraźne próby powiedzenia czegoś.
- Co? - rzucił z trudem łapiąc powietrze.
- Jestem mokra od szampana. - bąknęłam.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Och, panno Greene. I co ja mam z panią zrobić? Chodź.
Wziął mnie za rękę i poprowadził w górę schodów. Z każdym stopniem, ból tam na dole, przypominał mi o naszej poprzedniej wspólnie spędzonej nocy. Zorientował się z mojego lekkiego ociągania, spowodowanego dyskomfortem i nagle uniósł mnie w górę, trzymając w pozycji panny młodej, przenoszonej przez próg. Och, Boże. Mam nadzieje, że ten dziwny ból niedługo mi minie. Serio, zaczyna mnie już wkurzać.
- Nie spodziewałem się, że będzie pani aż tak obolała, panno Greene. Poza tym, jesteś bardzo mokra. - uśmiechnął się pod nosem i odstawił mnie na ziemię. Weszliśmy do sypialni i zaczęłam się rozglądać skanując nowe miejsce. Wystrój był dość prosty, ale nadal elegancki. O wiele różnił się od tego na dole. Stonowane brązy i złociste odcienie połączone z jego ukochanym kolorem, bielą. Łóżko było królewskiej wielkości i wyglądało na bardzo wygodne.
- To twój pokój? - zapytałam.
Popatrzył na mnie z góry i pokręcił głową.
- Nie, mój pokój jest na dole.
Och.
Zamknął drzwi i ręką wskazał, żebym stanęła obok wielkiego łoża.
- Poczekaj tutaj. - powiedział i zniknął za kolejnymi, zamkniętymi drzwiami. Zerknęłam w jego kierunku, kiedy zostawił małą szparę między drewnianą płytą, a framugą. Łazienka. Kilka sekund później wrócił, wycierając ręce w ręcznik, który chwilę potem odrzucił na krzesełko stojące w rogu pokoju.
Jego źrenice było rozszerzone, kiedy podszedł w moją stronę. Pewny siebie i seksowny. Zatrzymał się milimetry ode mnie i włożył palec w szlufkę od moich jeansów, przyciągając mnie do swojego ciała. Momentalnie otulił mnie jego oszałamiający zapach. Zapobiegając kolizji podparłam się ręką o jego tors, co na niezbyt wiele się zdało, bo zrobił to dość gwałtownie.
- Bardzo mokra jesteś. - jego ręka zjechała wzdłuż mojej talii, podwijając skrawek koszulki. - Ręce do góry, Maleńka. - posłuchałam go, z czego od razu skorzystał, przeciągając materiał przez moją głowę. Mocno zamknęłam oczy, gdy on akurat odrzucał go gdzieś na bok. W momencie, w którym odważyłam się otworzyć powieki, on uklęknął przede mną. Serce od razu podwoiło swoją pracę. Pocałował jedną z moich kości biodrowych i nie odrywając ust od skóry podbrzusza, przeniósł je na drugą stronę. Jęknęłam cicho. Jak to możliwe, że jest w tym aż tak dobry?!
Odpiął guzik moich jeansów i rozsunął suwak. Powoli ściągnął spodnie z moich nóg i wyglądało to tak, jakby robił to z jakimś specjalnym namaszczeniem.
- Masz przepiękną skórę, Victoria. - całował wnętrze moich ud, z każdym nowo odkrytym kawałkiem mojego ciała. Och, Boże. Kiedy pozbawił mnie ubrania, zostałam w samej bieliźnie. To dość krępujące. Ciągle czułam się dość niepewnie w takim negliżu w jego towarzystwie. Chwilę później ściągnął swoją czarną koszulkę i jeansy. Szerzej otworzyłam oczy ze zdziwienia. Co się dzieje?!
- Chodź. - chwycił moją dłoń, po drodze zbierając nasze ubrania i wrzucił je do kosza na pranie. Znaleźliśmy się w łazience. Pomieszczenie było zaparowane. Na serio, całe zaparowane i ledwo co widziałam przez mleczną powłokę. Zayn zatrzymał się w miejscu i odwrócił w moja stronę. Już brałam dzisiaj prysznic, to co? Teraz kolejny?
Zdjął swoje majtki, a ja momentalnie zawstydzona odwróciłam wzrok, kiedy stanął przede mną, jak go Pan Bóg stworzył. Zaczerwieniłam się, gdy zrobił krok w moim kierunku. Jakby miał małego, to by nim tak nie świecił na lewo i prawo, jak jakiś striptizer. Znowu się zaczerwieniłam.
- Jest w porządku, Re. - brzmiał na nieźle rozbawionego. Naprawdę nieźle rozbawionego!
Mocno zacisnęłam powieki, kiedy chwycił za moją brodę, próbując nakierować na siebie mój wzrok. Delikatnie cmoknął mnie w usta, w akompaniamencie gardłowego śmiechu. Odpiął mój stanik, ale ja nadal uparcie trzymałam jego miseczki przy moich piersiach. Zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Poczułam jak jego dłonie zsuwają się wzdłuż talii i docierają do linii moich majtek. Serce zaczęło walić mi jak oszalałe, kiedy pociągnął je w dół. Ponownie opadł na kolana i zaczął całować centymetr po centymetrze, skórę moich ud.
- Taka piękna. - rzucił niewyraźnie, przejeżdżając wargami po moim znamieniu. Podniósł głowę i uśmiechnął się leniwie, spoglądając pod wachlarzem czarnych, gęstych rzęs.
Przygryzłam wargę, czując rosnące zdenerwowanie. Byłam naga w surowym świetle dnia. Przed nim. Chwycił moje nadgarstki odciągając ręce od klatki piersiowej. Momentalnie przycisnęłam swoje piersi do jego torsu, zapobiegającym tym samym, jego pałętającemu się wzrokowi. Zaśmiał się i oplótł mnie ramionami. Zaraz, zaraz... Co na mnie tak napiera? Moje oczy szerzej się otworzyły, kiedy pożądanie błysnęło w jego złotych tęczówkach. Momentalnie się zaczerwieniłam. Och.
- Victoria, masz piękne ciało. - wymamrotał niewyraźnie w moje włosy. Zaciągnął się głęboko ich zapachem i odetchnął. - Chodź. Cudnie pachniesz z tą domieszką Chardonnay. - delikatnie uniósł moja brodę, żebym na niego spojrzała - Umyję cię. - uśmiechnął się, ale jakoś tak inaczej. Bardziej chłopięco. Otworzył wielkie drzwi od prysznica i wszedł do środka, zostawiając mnie samą na zewnątrz, podczas gdy niezdarnie starałam się zakryć swoje obnażone ciało, małymi dłońmi. Wyciągnął do mnie rękę, gdy po jego boskim torsie zaczęła kaskadami spływać woda. Niepewnie przyjęłam jego gest i pospiesznie weszłam do środka.
- Ach! - gorąca woda obiła się od mojej skóry i już marzyłam o tym, żeby się stamtąd wydostać. Odwróciłam się gotowa do ucieczki, ale zdążył objąć mnie w talii.
- Nie jest tak źle, Re. Uspokój się. Odpręż. - przyciągnął mnie do swojego ciała.
Moje plecy przylegały do jego torsu, kiedy rękami delikatnie zjeżdżał wzdłuż mojej talii. Pochylił się do przodu, wsuwając głowę w zagłębienie między moją szyją a ramieniem i robiąc sobie lepszy dostęp do mojej szyi. Nie mam pojęcia czy to przez niego jest mi tak gorąco i cała się pocę, czy to przez tę cholerną, wrzącą wodę. Poczułam jego usta tuż pod płatkiem mojego ucha, a gdy oderwał je od mojej skóry, usłyszałam jego urywany oddech.
- Zdajesz sobie sprawę z tego jak bardzo cię pragnę, Re? - wyszeptał tak cicho, że musiałam się naprawdę wsłuchać, żeby cokolwiek usłyszeć.
Wyciągnął rękę i chwycił butelkę żelu, stojącą na półce w rogu prysznica. Wycisnął trochę na dłoń i roztarł, tworząc pianę. Przyjemny słodki aromat rozniósł się po wnętrzu szklanego pomieszczenia. Och, to taki miły zapach... słodka wanilia. Upajające. Zaczął wcierać go od góry moich ramion, niespiesznie zjeżdżając w dół ciała.
Moje serce od razu przyspieszyło na tak dużą dawkę kontaktu fizycznego. Skóra przy skórze. To takie dziwne i obce. Przeniósł się na moje piersi, a ja wzdrygnęłam się lekko. Pewniej przywarł do moich pleców, zatrzymując mnie w miejscu.
- Te wszystkie rzeczy, które chciałbym z tobą teraz robić. - wyszeptał między postrzępionymi oddechami.
Och, Boże.
- Odpręż się, Skarbie.
Przygryzłam wargę, całkowicie korzystając z tego, że nie widzi mojej twarzy. Oparłam głowę o jego ramię, próbując się zrelaksować, ale nie mogłam. Byłam cała zestresowana. Naprawdę zestresowana. Jestem w końcu naga, do cholery jasnej! Jak ja się mogę wyluzować?
- O czym myślisz? Wydajesz się spięta. - zapytał cicho, opierając podbródek o moje ramię. Jego dłoń zamarła w miejscu. Przysięgam, że on potrafi czytać w moich myślach!
- Po prostu.. staram się przyzwyczaić do tego całego dotykania. - wymamrotałam, czując palenie gorąca na twarzy.
Pocałował mnie w policzek, a ja przymknęłam powieki, rozkoszując się jego ustami na moim ciele.
- Ufasz mi? - zapytał, przygryzając płatek mojego ucha. Jęknęłam cicho.
- T..tak. - odpowiedziałam niepewnie.
- Dobrze. - jego dłoń zsunęła się w dół brzucha, aż dotknęła mojej kobiecości. Głośno zaciągnęłam się powietrzem. O, nie! - Odpręż się, Victoria.
***
Im bliżej byliśmy Bradford, tym bardziej chciałam z powrotem znaleźć się w Londynie. Ted nie mógł przestać gadać o nowych pomysłach, które ma na rozwinięcie biznesu, a jeśli mam być szczera to moje myśli błądziły tylko i wyłącznie wokół Zayna. A dokładniej wokół jego prysznica. Wszystko robiłam mechanicznie, jak robot i byłam strasznie zmęczona. Przycisnęłam czoło do szyby i spojrzałam za okno helikoptera. Pięknie tam na dole, no ale cóż... Cały czas myślałam o Zaynie.
- Re? Słuchasz mnie? - w słuchawkach usłyszałam głos Ted'a. Potrząsnął mnie lekko za ramię, tym samym wyrywając ze świata erotycznych fantazji. Prawie zapomniałam gdzie jestem.
- Um... Co? - wyprostowałam się na siedzeniu i popatrzyłam na niego nieobecnym wzrokiem.
- Ostatnio jesteś strasznie rozkojarzona. - Ted zmarszczył brwi, na co w odpowiedzi tylko wzruszyłam ramionami.
- Przepraszam, po prostu myślę o tym, czy zdałam te egzaminy. - powiedziałam zgodnie z prawdą, ale akurat w tamtym momencie to było wierutne kłamstwo.
Zmierzył mnie powątpiewającym wzrokiem. Na cóż on się gapi? Zaczęłam wiercić się niekomfortowo i zapobiegawczo zakryłam szyję włosami.
- Na pewno zdasz, Re. Nie martw się. Masz jakieś pomysły? - zapytał szybko zmieniając temat.
- Um, no kilka mam. Ale najpierw je spiszę i wszystko wyślę ci e-mailem.
- Dobrze. To będzie naprawdę pomocne. Jak już jesteśmy w temacie pisania, to chciałbym żebyś przeczytała tę umowę i ją podpisała. - Ted sięgnął po swoją walizkę i po krótkich poszukiwaniach, wyciągnął z niej plik papierów. - Napisałem ją wczoraj.
- Co to jest? - zapytałam zerkając na zapisane kartki, które nadal trzymał w dłoniach.
- Umowa.
- NDA? - rzuciłam mu pytające spojrzenie.
- Nie, Re. To umowa między nami. Musimy ustalić pewne zasady, jeśli masz ze mną pracować i zgarniać połowę moich zarobków w przyszłym roku.
Przygryzłam wargę, kiedy Zayn powoli zaczął wdzierać się z powrotem do moich myśli.
- Nie wiem, czy to jest dobry pomysł. - wymamrotałam.
Ted zmarszczył czoło.
- Co masz na myśli?
- Cóż...
- Re, po prostu to przeczytaj. - wręczył mi papiery, ale zanim prześledziłam je z należytą uwagą, znowu wystartowałam do niego z pytaniem.
- Nie jesteśmy jak prawdziwi partnerzy biznesowi, prawda? To znaczy, nadal wszystko będzie tak samo, tak? Ja będę pomagała ci tylko w Londynie? To nie ma nic wspólnego z pełnoprawnym partnerstwem, do którego będę musiała stosować się przez cały czas?
- Nie, więc jeśli będzie tam coś, co ci się nie spodoba, po prostu to wykreśl i uzgodnimy co z tym zrobić. To tylko umowa między nami, Re. Powinnaś to wiedzieć. - zmarszczył brwi.
- Wiem, wiem... Tak się tylko upewniam.
Nie mogłam oderwać wzroku od punktu dotyczącego związków. Po co o tym wspomniał?
- Więc, to tylko dotyczy naszej dwójki? Nikogo więcej? - zapytałam.
Ted skinął głową.
- Tak, no i każdego kto pełni jakąś rolę w naszej firmie.
Dziwne. To powinno dotyczyć tylko nas dwojga. Zayn też się liczy?
- No to na przykład Amber i Dave?
Kiwnął potakująco.
- A James też? On kiedyś pracował w kawiarni.
- Tak mi się wydaje. - wzruszył ramionami, ale wydawało mi się, że chce coś jeszcze powiedzieć.
Chciałam wspomnieć o Zaynie, ale mógłby zorientować się, że coś jest na rzeczy.
- Jeszcze kogoś chcesz dodać do listy osób, które potencjalnie możesz bzyknąć? - zapytał unosząc jedną brew.
Zmarszczyłam czoło. Tak.
- Nie. - pokręciłam przecząco głową.
Prychnął pod nosem, a ja zmierzyłam go wzrokiem.
- A co z panem Malikiem? - uniósł brew. Głośno przełknęłam ślinę. Co?
- Co z nim? - zmarszczyłam czoło, czekając na mojego Oskara, za wybitne osiągnięcia aktorskie.
- Koleś ma na ciebie oko, Re. - Ted popatrzył na mnie z góry, ale nie mogłam nic odczytać z jego wyrazu twarzy. Beznamiętnie wzruszyłam ramionami.
- No i gdybym go przeleciała, to co byś niby zrobił? - rzuciłam drażniąc się z nim i mając nadzieję, że mimo wszystko odbierze to jako żart. Zachichotał pod nosem. Och, słodki Jezu. Myśli, że się z nim droczę, ale w głębi duszy... Tak naprawdę... To wcale nie.
- Wiem, że byś tego nie zrobiła, ale jeśli już... - wzruszył ramionami - Twój wybór. To znaczy, właściwie to nawet pomogłoby rozwojowi firmy, jeśli mam być szczery.
Zmierzyłam go wymownym spojrzeniem.
- Nie wykorzystałabym go, jeśli to masz na myśli.
- Re, żartowałem. Umowa dotyczy tylko nas. - ulga przepełniła moje ciało, a on zaczął przyglądać mi się przez przymrużone powieki, ale chyba postanowił nie wnikać. - Wiem, że byś go nie wykorzystała. Jest hojny, na serio hojny, wiesz dziesięć milionów... - zagwizdał - Cieszyłbym się z połowy miliona, ale nie, szurnięty drań chciał umoczyć więcej. Co mu powiedziałaś?
- Huh? - popatrzyłam na niego skonsternowana.
- Na tym pierwszym spotkaniu w Bradford. - rzucił powoli tracąc cierpliwość.
- Och, no po prostu powiedziałam, że chcesz rozbudować firmę, ale nie mamy na to kasy. - wzruszyłam ramionami i zaryzykowałam podnosząc na niego wzrok.
Wydawał się zajęty swoimi własnymi rozmyślaniami.
- Cóż, zadziałało. Nie jestem jednak pewien, czy wpływ na to miały twoje słowa, czy to jak się zachowywałaś.
Jak się zachowywałam?
- Co? - zapytałam skonsternowana.
- Nic. Po prostu rób to co robiłaś do tej pory.
- Czyli?
- Nie wiem. Jak już mówiłem wcześniej, facet ma na ciebie oko.
Ted wręczył mi długopis i z lekkim wahaniem podpisałam wykropkowaną linię. Oddałam mu naręcze papierów, a on westchnął głośno.
- Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek to powiem, ale Re... - uśmiechnął się i wyciągnął dłoń w moją stronę. - Będziemy świetnymi partnerami biznesowymi. - prawie się zakrztusiłam. Nigdy, przenigdy, przez myśl by mi nie przeszło, że z ust samolubnego Ted'a mogą wydostać się takie słowa. Że też nikt tego nie nagrywa. To takie dziwne.
Chwyciłam jego rękę i upewniając się wcześniej, że mój uścisk jest wystarczająco pewny, pokiwałam głową.
- Tak, już jesteśmy.
- Nadal nie chcesz przejąć tej firmy? - zapytał.
Cofnęłam rękę i marszcząc czoło, zamaszyście pokręciłam głową. Zachichotał pod nosem i zauważyłam, że chyba po raz pierwszy naprawdę się wyluzował.









