- dwa dni później-
Powrót do pracy po kilku dniach wolnego był nawet całkiem przyjemny i orzeźwiający. Mimo to, jednak czułam się tam trochę zdezorientowana, bo minęło trochę czasu, od kiedy byłam tam ostatnio. Egzaminy, spotkania z Zaynem... Tylko na tym się skupiałam. Potrzebowałam trochę popracować, a zwłaszcza zarobić trochę kasy. Jeszcze nigdy nie czułam się taka biedna. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam rozglądać się po otaczającym mnie wnętrzu. Ted zdążył już co nieco pozmieniać. Właściwie to nie mam pojęcia czemu już zaczął re-aranżować kawiarnię. Może po prostu stara się obrać jakiś kierunek i stwierdził, że to dobry początek? Nie wiem. Jestem zbyt zmęczona, żeby zastanawiać się nad tym co on wyprawia. Pewnie i tak powie mi później.
- Nie zapomnij wysłać mi tych swoich pomysłów, Re. - rzucił Ted, spoglądając przez ramię i wskazując na mnie palcem. Zastygł w miejscu, jedną rękę trzymając już na klamce drzwi wyjściowych do restauracji.
Poirytowana pokiwałam głową i opadłam na ladę. Idź że już. Myślałam, że ta cała współpraca jakoś naprostuje nasze wzajemne stosunki wobec siebie, ale nie. Kiedy dotarłam do pracy dzisiaj rano, przywitał mnie ten sam upierdliwy, wymagający i samolubny Ted.
- Serio jest wkurzający. - bąknęła Amber, próbując zawiązać swój fartuch na plecach. No wreszcie przyszła! W końcu ktoś z kim mogę normalnie pogadać. Udało jej się, ma lepsze godziny pracy ode mnie.
- No. A ja na dodatek będę musiała się z nim użerać jeszcze przez następny rok, czy coś koło tego. - westchnęłam głęboko, a dziewczyna popatrzyła na mnie ze współczuciem.
- Przynajmniej dostaniesz połowę. Właściwie to wnioskując po kierunku w którym idzie twój związek z panem Malikiem to mogłabyś być bogata jak sam skurwysyn, więc nie wiem czy potrzebujesz tej roboty. - żartobliwie trąciła mnie łokciem, a ja wywróciłam oczami, słuchając po raz tysięczny tematycznego żartu.
- Wystarczy, proszę cię... - wymusiłam uśmiech. Chciałabym spędzić chociaż jeden dzień bez Zayna, nawiedzającego mnie w myślach. To chyba niewykonalne, zwłaszcza przy Amber i z jej beznadziejnymi dowcipami. Powiedzmy, że jako komik nie zrobiłaby oszałamiającej kariery.
- Ok, ok... Już nie będę. - uśmiechnęła się zadowolona nie wiadomo z czego.
Albo wiadomo.
- James wyjechał dzisiaj rano? - zapytałam od niechcenia.
- No, akurat jak wychodziłam do pracy. - skinęła głową i wyglądała na lekko zamyśloną.
Dzwoneczek przy drzwiach wydał znajomy dźwięk i spojrzałam w tamtą stronę. Och, jakże się cieszę, że znowu go widzę. Spodziewałam się zobaczyć go już w piątek, ale ku mojemu zaskoczeniu, Ted dał mi jeszcze dwa dni wolnego. Sięgnęłam po gazetę i dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą i ruszyłam do jego stolika. Usiadł powoli i zdjął swoją kurtkę. Wyglądał na zdziwionego moim widokiem, ale po chwili na jego starzejącej się twarzy wymalował się uśmiech. Naprawdę za nim tęskniłam.
- Och, Victoria. Jak się masz? Trochę się nie widzieliśmy. Gdzie się podziewałaś? - zmarszczki w kącikach jego oczu pogłębiły się wraz z rozszerzającym się uśmiechem. - Już zaczynałem myśleć, że nie żyjesz. - zażartował. Typowy Graham.
- U mnie świetnie. Ostatnio byłam bardzo zajęta. - napełniłam jego kubek i odstawiłam dzbanek obok gazety, którą położyłam przed mężczyzną. - To twoja niedzielna gazeta. Mam nadzieję, że radziłeś sobie jakoś, kiedy mnie nie było.
- Och, przecież wiesz, że nikt nie robi tak dobrej kawy, jak ty, Victorio. - uśmiechnął się szeroko. Niepewnie chwycił kubek z gorącym napojem w trzęsące się dłonie i zdałam sobie sprawę, że choroba parkinsona zbiera swoje coraz większe żniwo. Dmuchnął lekko w parę unoszącą się nad naczyniem, a ta momentalnie zniknęła. Położyłam dłoń na jego ramieniu.
- Dbaj o siebie, Graham. Proszę cię. Nie chcę stracić swojego ulubionego klienta. - uśmiechnęłam się pocieszająco, ale nie udało mi się całkiem ukryć zmartwienia w moim głosie. Poklepał mnie po dłoni i zaśmiał się gardłowo. W mgnieniu oka śmiech zamienił się w męczący kaszel. Niemal czując jego ból, zmarszczyłam brwi.
- Och, Victorio, moja droga, nie musisz się o mnie martwić. - upił łyk i ponownie się uśmiechnął - Nic tak nie cieszy starego człowieka, jak kawa.
Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. Och, Graham...
- Nie zapomnij wysłać mi tych swoich pomysłów, Re. - rzucił Ted, spoglądając przez ramię i wskazując na mnie palcem. Zastygł w miejscu, jedną rękę trzymając już na klamce drzwi wyjściowych do restauracji.
Poirytowana pokiwałam głową i opadłam na ladę. Idź że już. Myślałam, że ta cała współpraca jakoś naprostuje nasze wzajemne stosunki wobec siebie, ale nie. Kiedy dotarłam do pracy dzisiaj rano, przywitał mnie ten sam upierdliwy, wymagający i samolubny Ted.
- Serio jest wkurzający. - bąknęła Amber, próbując zawiązać swój fartuch na plecach. No wreszcie przyszła! W końcu ktoś z kim mogę normalnie pogadać. Udało jej się, ma lepsze godziny pracy ode mnie.
- No. A ja na dodatek będę musiała się z nim użerać jeszcze przez następny rok, czy coś koło tego. - westchnęłam głęboko, a dziewczyna popatrzyła na mnie ze współczuciem.
- Przynajmniej dostaniesz połowę. Właściwie to wnioskując po kierunku w którym idzie twój związek z panem Malikiem to mogłabyś być bogata jak sam skurwysyn, więc nie wiem czy potrzebujesz tej roboty. - żartobliwie trąciła mnie łokciem, a ja wywróciłam oczami, słuchając po raz tysięczny tematycznego żartu.
- Wystarczy, proszę cię... - wymusiłam uśmiech. Chciałabym spędzić chociaż jeden dzień bez Zayna, nawiedzającego mnie w myślach. To chyba niewykonalne, zwłaszcza przy Amber i z jej beznadziejnymi dowcipami. Powiedzmy, że jako komik nie zrobiłaby oszałamiającej kariery.
- Ok, ok... Już nie będę. - uśmiechnęła się zadowolona nie wiadomo z czego.
Albo wiadomo.
- James wyjechał dzisiaj rano? - zapytałam od niechcenia.
- No, akurat jak wychodziłam do pracy. - skinęła głową i wyglądała na lekko zamyśloną.
Dzwoneczek przy drzwiach wydał znajomy dźwięk i spojrzałam w tamtą stronę. Och, jakże się cieszę, że znowu go widzę. Spodziewałam się zobaczyć go już w piątek, ale ku mojemu zaskoczeniu, Ted dał mi jeszcze dwa dni wolnego. Sięgnęłam po gazetę i dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą i ruszyłam do jego stolika. Usiadł powoli i zdjął swoją kurtkę. Wyglądał na zdziwionego moim widokiem, ale po chwili na jego starzejącej się twarzy wymalował się uśmiech. Naprawdę za nim tęskniłam.
- Och, Victoria. Jak się masz? Trochę się nie widzieliśmy. Gdzie się podziewałaś? - zmarszczki w kącikach jego oczu pogłębiły się wraz z rozszerzającym się uśmiechem. - Już zaczynałem myśleć, że nie żyjesz. - zażartował. Typowy Graham.
- U mnie świetnie. Ostatnio byłam bardzo zajęta. - napełniłam jego kubek i odstawiłam dzbanek obok gazety, którą położyłam przed mężczyzną. - To twoja niedzielna gazeta. Mam nadzieję, że radziłeś sobie jakoś, kiedy mnie nie było.
- Och, przecież wiesz, że nikt nie robi tak dobrej kawy, jak ty, Victorio. - uśmiechnął się szeroko. Niepewnie chwycił kubek z gorącym napojem w trzęsące się dłonie i zdałam sobie sprawę, że choroba parkinsona zbiera swoje coraz większe żniwo. Dmuchnął lekko w parę unoszącą się nad naczyniem, a ta momentalnie zniknęła. Położyłam dłoń na jego ramieniu.
- Dbaj o siebie, Graham. Proszę cię. Nie chcę stracić swojego ulubionego klienta. - uśmiechnęłam się pocieszająco, ale nie udało mi się całkiem ukryć zmartwienia w moim głosie. Poklepał mnie po dłoni i zaśmiał się gardłowo. W mgnieniu oka śmiech zamienił się w męczący kaszel. Niemal czując jego ból, zmarszczyłam brwi.
- Och, Victorio, moja droga, nie musisz się o mnie martwić. - upił łyk i ponownie się uśmiechnął - Nic tak nie cieszy starego człowieka, jak kawa.
Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. Och, Graham...
***
- Co ja będę robić, jak wyjedziesz? - rzuciła Amber z grymasem na twarzy, wrzucając moje jeansy do walizki.
- Nie wiem. Jedz do Peterborough, odwiedzić swoich rodziców. Umów się z James'em, albo spotkaj z Ruby, czy Sarah. - wzruszyłam ramionami, lekko rozkojarzona - Nie wiem. Zabukowałabym jeszcze jeden bilet, gdybym wiedziała, że nie będziesz miała nic do roboty.
Amber westchnęła i rzuciła we mnie moją kosmetyczką, którą po chwili wcisnęłam do walizki. Powinnam poukładać te ubrania, ale jestem na to zbyt leniwa.
- Mogłybyśmy zacząć się już pakować. Wyjeżdżamy za kilka tygodni. - powiedziała Amber, zmieniając temat - Dobrze, że Ted dał nam trochę czasu na ogarnięcie nowego mieszkania. Mamy szczęście, że jest całkiem blisko nowej Java Hut. Wystarczy, że się wychylisz i już będziesz wiedziała co dzieje się tam w środku. To ułatwia sprawę.
- Tak, ale nawet mimo to, musimy poszukać sobie jakiejś pracy. - zauważyłam, chwytając akurat ten stanik, który spodobał się Zaynowi, kiedy grzebał w moich rzeczach. Zaczerwieniłam się i potrząsnęłam głową, wciskając go na dno walizki. Przestań o nim myśleć!
- No tak, ale może będziemy mogły popracować w Java Hut, zanim ogarniemy jakąś inną robotę w Londynie, no nie? Ty będziesz menadżerem, a ja twoją asystentką.
- Ale ja nie chcę utknąć w tym biznesie! - bąknęłam.
- Wiem, ale potrzebujesz kasy. Nie możesz po prostu ot tak wskoczyć sobie do tego dziennikarskiego basenu.
Skonsternowana zmrużyłam oczy.
- Dziennikarskiego basenu?
Skinęła głową, a duma błysnęła w jej oczach.
- Ok. Będę udawać, że tego nie słyszałam. Możemy zacząć pakować się już teraz, zanim jeszcze wyjadę.
- Kiedy dokładnie wyjeżdżasz?
- Za jakieś dwa dni. - zmarszczyłam brwi.
- Tak się tylko upewniam. - odparła skanując uważnie moją twarz. Pewnie zauważyła, że jestem zdziwiona faktem, że w ogóle o to dopytuje. - Mam jakieś pudła, więc możemy popakować do nich wszystkie nasze pierdoły.
- Dobrze, dupciu. Możesz podać mi mój telefon, proszę? Dostałam SMS'a. - przewróciłam oczami.
Podała mi komórkę i uśmiechnęła się pod nosem.
- Pan Malik, wasza wysokość. - rzuciła zaczepnie. Och.
Przygryzłam wargę i spojrzałam w dół na wyświetlacz. Jeden dzień. Myślałam, że wytrzyma chociaż jeden dzień, bez kontaktowania się ze mną. No ale nie będę kłamać, chciałam żeby się odezwał.
To dziwne, że napisał do mnie, akurat w momencie, kiedy skończyłyśmy rozmawiać na temat przeprowadzki. Westchnęłam w duchu. Malik Transportation? Ma firmę przewozową? To w ogóle firma? Nawet nie wiem, ale przecież jeden facet nie może być właścicielem tylu biznesów, no nie? Ma tylko 23 lata, do cholery jasnej!
- Potrzebujemy pomocy przy przewiezieniu rzeczy? - zapytałam Amber, zanim odpisałam Zaynowi i podniosłam na nią wzrok.
- Co masz na myśli? - zmarszczyła czoło.
- Potrzebujemy ciężarówki, żeby przewieźć nasze rzeczy do Londynu? - powtórzyłam, akcentując każde słowo, jakbym rozmawiała z jakimś przygłupem. Wow, i ona chce zostać asystentką menadżera. No, no... Uśmiechnęła się szeroko.
- Och, tak! Poproszę, tylko wiesz, nasz budżet jest na wyczerpaniu, Re. - przygryzła wargę.
- Och... - tylko tyle mogłam powiedzieć. Nie wydaje mi się, żeby stać nas było na bardzo drogie, jak przypuszczam, ciężarówki Zayna.
- Dlaczego? - zapytała Amber. Co dlaczego?
- Huh? - rzuciłam skonsternowana.
- Dlaczego mnie o to pytałaś?
- O co cię pytałam?
Zmarszczyła czoło i wyglądała na rozdrażnioną.
- Czy potrzebujemy pomocy przy przewiezieniu naszych rzeczy!
Och.
- Re!
- Sorry, co mówiłaś? Ach, tak... pytanie. Um... Zayn chciał nam pomóc. - jestem za bardzo rozkojarzona.
- Malik Transportations? Nie. Nie stać nas na to. Widziałam kiedyś cennik. 500 funtów za godzinę. - Amber wykrzywiła usta, a ja pokręciłam głową. Kupa kasy.
- Zayn powiedział, że bierze to na siebie. - w chwili, gdy te słowa opuściły moje usta, od razu tego pożałowałam. Kolejny gest chłopaka, który tylko zwiększy zapędy nieustępliwej Amber.
- Na serio? - oczy aż jej rozbłysły - Ten facet. Ten pieprzony facet jest po prostu... Nie wiem, Re. On po prostu... - nie wiedziała co powiedzieć. Dziwne. - On po prostu... Zawsze jest w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie.
Och, dokładnie wiedziałam co ma na myśli.
Westchnęłam, przewróciłam oczami i właśnie w tamtej chwili zdałam sobie sprawę z tego, że Amber obserwuje każdy mój najmniejszy ruch. Szybko zabrałam się za odpisywanie, żeby uniknąć pytań, które już cisnęły się na jej usta.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Och, jakże ja lubię się z nim droczyć.
- Lubisz go? - zapytała Amber, robiąc najazd na moje odosobnione myśli. Zmarszczyłam czoło.
- Nie wiem, jest naprawdę pogmatwany. - pokręciłam głową.
Mój telefon znowu zaczął wibrować, ale tym razem buczenie nie ustało tak szybko, jak zwykle. Kiedy konsternacja ustąpiła, opuściłam wzrok na wyświetlacz komórki i moim oczom ukazał się numer Zayna.
- Dzwoni do mnie. - bąknęłam.
- No to odbierajże ten telefon, idiotko. - Amber rzuciła we mnie poduszką.
- Ha..halo? - zaczęłam niepewnie, po cóż on dzwoni?
- Victoria, miło znowu cię słyszeć. - jego ciepły, spokojny głos podziałał ożywczo na mój układ krwionośny. Czułam jak moje ciało odżywa, jakbym została wybudzona z dziesięcioletniego snu. Byłam zrelaksowana, gdy w głowie echem odbijały się jego słowa. Jak to możliwe, że on tak na mnie działa?
Zaczerwieniłam się od razu i odwróciłam głowę, żeby nie zauważyło tego przenikliwe oko Amber.
- Hej. - bąknęłam nieśmiało, przygryzając dolną wargę ze zdenerwowania.
- Hej. - wiedziałam, że się uśmiecha i niemiłosiernie wkurzało mnie to, że mogę to sobie jedynie wyobrazić. - Victoria, przestań przygryzać wargę. - wypalił nagle.
Oczy szerzej otworzyły mi się ze zdziwienia, kiedy ją uwolniłam. Jezu, skąd on wie? Na moment zapanowała cisza, która kazała mi zastanawiać się, czy nadal jest po drugiej stronie. On i te jego humorki. Jest cholernie humorzasty! Jak chodząca, tykająca bomba.
- Dlaczego nie pozwolisz mi, żebym ci pomógł, Victoria? - jego głos był spokojny. Zbyt spokojny.
- Bo nie potrzebujemy pomocy. - odpowiedziałam drżącym tonem.
Poczułam miękkie uderzenie poduszki, którą rzuciła we mnie Amber.
- Potrzebujemy pomocy! - odparła teatralnym szeptem, a ja starałam się powstrzymać śmiech. Domyśliła się o czym gadamy. Oddychaj, Re.
- Jakiś problem, Victoria? Wydajesz się zajęta. - och, cholera. Jak mogłam zapomnieć, że rozmawiam z nim przez telefon.
- Sorry, po prostu lata mi tu okropnie wkurzająca mucha. - powiedziałam głośno i wyraźnie, żeby dać do zrozumienia Amber, że zdanie w całości skierowane było pod jej adresem.
- W takim razie chyba potrzebuje pani prysznica, panno Greene.
- Drażni się pan ze mną, panie Malik?
- Tak, panno Greene. - zaśmiał się cicho, a ja urzeczona dźwiękiem zrobiłam to samo - Pozwól sobie pomóc, Victoria.
Jego nastrój, serio... Zmienia się w mgnieniu oka!
- Ok, dobra. Jeśli tak bardzo chcesz pomóc, w porządku. Zgadzam się. - poddałam się tylko dlatego, że on jest zbyt uparty, żeby przyjąć moją odmowę.
- Nie takim tonem, panno Greene. - słyszałam rozbawienie w jego głosie i to chyba był pierwszy raz, kiedy nie udało mu się przykryć go onieśmielającą nutką. Odetchnęłam z ulgą.
- Tak bardzo cię pragnę.
Och.
- Bezpośredni jesteś strasznie!
- Bezpośredni? - prychnął pod nosem - Chcę dotykać każdego, najmniejszego skrawka twojego ciała, Victorio. Czuć jak twój oddech robi się coraz cięższy za każdym razem, kiedy moje palce spoczną na twojej skórze.
Twarz zaczerwieniła mi się niewiarygodnie mocno i rzuciłam szybkie spojrzenie w lustro. Jezu, i Amber siedzi tuż obok, czekając tylko aż w końcu się odwrócę. Oddech uwiązł mi w gardle, kiedy usłyszałam jego słowa. Jak on w ogóle może mówić takie rzeczy, bez najmniejszego zakłopotania, czy coś? Ale zaraz przypomniałam sobie o nim i Emmie. Nie wydaje mi się, żeby odczuwał jakąkolwiek formę zakłopotania, czy zażenowania.
- Zayn! - bąknęłam.
Zachichotał, a ja uśmiechnęłam się zawstydzona.
- Wtorek, Maleńka. Zobaczymy się we wtorek. Mam nadzieję, że dam radę się powstrzymać od przelecenia cię na oczach wszystkich.
Wstrzymałam oddech. Po raz kolejny poleciał prosto z mostu! Co w ogóle?!
- Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć... Ale, um, co masz dokładnie na myśli?
- Widzimy się we wtorek. Pamiętasz, że mam spotkanie z takim jednym dupkiem, który mieszka w Kalifornii.
W jaki sposób, to odpowiada na moje pytanie? Ale Devon... Aż ciarki mnie przeszły.
- Więc przyjedziesz we wtorek na lotnisko? Ja lecę do Detroit.
- Nie, nie lecisz.
Zmarszczyłam brwi.
- Um, tak.
- Nie.
- Tak.
- Victoria, nie.
- Zayn!
- Nie, nie lecisz.
Westchnęłam.
- Co ty kombinujesz?!
- Zabieram cię do Los Angeles. Ale najpierw Kalifornia.
- I robisz to wszystko bez skonsultowania się ze mną?
- Wiele rzeczy robię bez konsultacji z tobą, Victoria, bo wiem że i tak będziesz się buntować.
Mądrala. Odetchnęłam głośno.
- Lot jest o tej samej godzinie? - chcę w ogóle wiedzieć?
- Nie będziesz musiała lecieć z lotniska, Victoria.
Co?! Ale przecież powiedział...
- Mark przyjedzie po ciebie we wtorek. - dodał.
- Po co?
- Nie ufam twojemu autu.
- Zostaw Roofiego w spokoju.
- Potrzebujesz nowego samochodu, Victoria. - oświadczył.
Och, jasne. Po prostu pójdę sobie do salonu samochodowego i wybiorę jeden, który mi się spodoba, bo mogę sobie na niego pozwolić ot tak. Przewróciłam oczami.
- Mark będzie koło 9:00 we wtorek. - brzmiał na wyraźnie wkurzonego, a w jego głosie słyszałam, że podjął już decyzję.
Odwróciłam się i spojrzałam na Amber, która patrzyła na mnie skonsternowana. 9:00? Nie wstanę na 9:00. On musi sobie żarty robić! No dajcie że spokój. Już miałam zaprotestować, ale był chyba trochę za bardzo wkurzony, żeby się z nim kłócić.
- Ok, więc wtorek?
- Tak. Do następnego razu. Proszę cię, Victoria. Załóż sukienkę. Pięknie wyglądasz w nieco bardziej kobiecych strojach, a poza tym, słyszałem, że o tej porze roku w Kalifornii panują piekielne upały.
- Wydaje mi się, że wiem...To znaczy, jakbyś nie wiedział, urodziłam się w Kalifornii, Zayn. - wymamrotałam.
- Wiem. - och, no tak. Czytał mój profil. Ciągle mnie to lekko przeraża. To trochę nienormalne i chyba dziwaczne. Muszę wypytać go o to we wtorek.
- Ok, no to cóż, wtorek. - powtórzyłam.
- Wtorek. - potwierdził - Nie mogę się doczekać, żeby panią przelecieć, panno Greene.
Gwałtownie zaciągnęłam się powietrzem.
- Zayn!
- Nara, Maleńka. - zaśmiał się i na linii zapanowała cisza. Och, no i zostawił mnie z rumieńcem zakłopotania na twarzy.
Powoli podeszłam do Amber i usiadłam obok niej. Prawie słyszałam bicie mojego serca. Dlaczego? Nie wiem, ale wiem jedno. Byłam skonsternowana. Na serio, całkiem skonsternowana i nie miałam pojęcia dlaczego się tak czuje.
- Wszystko ok? Co miało do powiedzenia gorące ciasteczko? - zapytała.
- Jest, jakby to powiedzieć, całkiem napalonym osobnikiem. - bąknęłam. Wymieniłyśmy się spojrzeniami i obie, jak na komendę zaczęłyśmy się chichrać, jakbyśmy siedziały na przerwie w szkole i obgadywały kolesi, w których się zauroczyłyśmy.
- Serio? A poza tematami seksualnymi, co mówił? - nie popuszczała. Usiadła po turecku, twarzą do mnie. Była wyraźnie zainteresowana tym, co mam do powiedzenia.
- Więc cóż, jest właścicielem Malik Transportations i wynajmie nam ciężarówkę, albo dwie, nie wiem. Chce nam pomóc, w każdym bądź razie. - wzruszyłam ramionami.
- Ok. - kiwnęła głowa - Co jeszcze? - ciągnęła mnie za język, ale to w sumie pomagało.
- Um... Zabiera mnie do Kalifornii. Ale nie odlatujemy z lotniska. - zmarszczyłam czoło skonsternowana, a ona powtórzyła mój wyraz twarzy.
- Może ma swój własny odrzutowiec. - uniosła brew, a ja przewróciłam oczami.
- Ten koleś ma dosłownie wszystko i ja wcale nie żartuję. - Amber kiwnęła potakująco, przyznając mi rację.
- Wydaje mi się, że się w tobie zadurzył. - powiedziała nagle z uśmiechem na buzi.
Pokręciłam głową.
- No nie wiem... Nie wygląda mi na typa, który zadurzyłby się w kimkolwiek.
To właśnie wokół tego tematu krążyły wyłącznie moje myśli, od momentu kiedy wróciłam z Londynu. To co powiedziała Emma ciągle dudniło mi w głowie. Daje ci góra tydzień i skończysz, szukając nowej seks zabawki, która będzie wiedziała jak sprostać twoim wygórowanym upodobaniom.
No bo serio? Już to powinno mi dać do myślenia. Seks zabawka? Co to w ogóle znaczy? Wygórowane upodobania? To znaczy, tak... Miałam już styczność z jego dość gwałtownymi zachowaniami, ale on wtedy nie wiedział nic o mojej przeszłości. Wtedy, kiedy po raz pierwszy, i jak na razie jedyny, uprawialiśmy seks też nie był zbyt delikatny, ale jak ostry potrafi być? Przecież nie może być aż tak źle.
No i kolejna dziwna rzecz, która utknęła w mojej głowie, kiedy tylko wydostała się z ust Amber. Uczucia. Stanie się kłopotem, kiedy zacznie żywić do ciebie uczucia. Powiedziałeś jej jak to jest z twoimi uczuciami, Zayn? Oczywiście, że nie.
Z trudem przełknęłam ślinę. Mam wielką potrzebę powiedzieć jej o Zaynie i Emmie, ale coś mi nie pozwala.
- Boi się zaangażować? To jest jego problem?
- No, jest taki zamknięty w sobie. - przygryzłam dolną wargę, a ona zamrugała kilkakrotnie.
- Rozumiem. - rzuciła ironicznie - A jak seks?
- Super. No ale tak jak już mówiłam. Nie mogę porównywać. - zmrużyłam oczy.
- Dobrze operuje palcami? - zakołysała brwiami, a uśmiech rozciągnął się na jej ustach.
Zaczerwieniłam się i kiwnęłam potakująco. Myślami wróciłam do Malik Heritage Hotel, lekko ścisnęłam ze sobą uda, ale na szczęście tego nie zauważyła.
- Serio? A jak tam radzi sobie językiem?
- O mój Boże, Amber przestań.
Nie spuszczała ze mnie wzroku, jak łowca mierzący swoją ofiarę.
- Ile razy doszłaś? Marzę, żeby znaleźć kogoś kto jest dobry we wszystkich tych trzech aspektach. Jest ostry?! Czy raczej robi to powoli i zmysłowo? - spojrzała na mnie uwodzicielsko, a ja przygryzłam wargę.
- Możesz już wyjść. - bąknęłam.
- No weźże, Re. Powiedz mi chociaż ile razy doszłaś.
Zaczęłam rozmyślać i próbowałam przypomnieć sobie ile razy Zayn doprowadził mnie do orgazmu. Sprawił, że byłam taka bezbronna i pełna życia, jednocześnie. W sumie, bardzo podoba mi się wizja kolejnego spotkania. Już nie mogę się doczekać.
- Jasna cholera, Re! Musisz się nad tym zastanawiać?!
Zaczerwieniłam się.
- Um... Trzy razy.
- I nie byłaś obolała?!
- No tak. Byłam. Zrobiliśmy to tylko raz. - wymamrotałam nieśmiało.
- Więc zrobił ci palcówkę i doszłaś?
Opadłam plecami na łóżko i zakryłam twarz dłońmi. Jest taka bezpośrednia. Nie zniosę jej chyba w tym momencie.
- Tak, pod prysznicem!
- Pod prysznicem?! - otworzyła usta z podekscytowania - Jestem z ciebie taka dumna! - oplotła mnie ramionami, a ja uśmiechnęłam się skonsternowana. Po chwili z powrotem usiadła, a na jej twarzy malowało się rozbawienie. - A co z jego językiem?
- Ok, Amber. Przestań. Pytałaś już o wystarczająco dużo, a ja wystarczająco dużo powiedziałam i ...
- Jezu, koleś musi być nieźle doświadczony, jeśli sprawił, że doszłaś trzy razy! - wyglądała na przejętą.
Palcem wskazałam na drzwi, domagając się by wreszcie wyszła.
- Dobra, dobra... Już skończyłam. Zostawię cię samą i pozwolę ci rozkoszować się myślami o jego peni....
- Przestań! - warknęłam.
Uniosła obie ręce w geście obrony i obie zaczęłyśmy się chichrać.
- Dobranoc, panno Greene. - rzuciła zaczepnie, zanim zamknęła za sobą drzwi.
Ponownie położyłam się na łóżku i zaczęłam wpatrywać się w sufit. Myśli krążyły po całej mojej głowie. Uwodzicielski dotyk Zayna. Jego złość, chłopięcość, filuterność i biznesowość. Jest w ogóle takie słowo? Jego była kochanka. No, po prostu jej nie lubię. Mogę powiedzieć nawet, że żywię do niej nienawiść. Jestem ciekawa ich przeszłości i tego co ich łączyło. Tego, o czym nie chciał powiedzieć mi Zayn. No ale przecież ledwie co się znamy. W sumie on wie o mnie więcej niż ja o nim. Westchnęłam. Ten gość jest frustrujący.
Otworzyłam skrzynkę nadawczą w telefonie.
Wysłałam i czekałam. I czekałam, i czekałam, i czekałam... Byłam szczerze zdziwiona faktem, że nie odpisał mi od razu, jak to miał w zwyczaju. Właśnie wtedy moja komórka zadźwięczała.
Zmarszczyłam brwi. Musi być taki pogmatwany i trudny do zrozumienia?!
Znowu kawałek czasu zajęło mu odpisanie. Może jest zajęty?
To wszystko wyjaśnia. Teraz już wiem skąd zna moje prawdziwe imię, ale skąd on w ogóle wziął te informacje? Ciągle nie odpowiedział mi na to pytanie! No skąd?! Z tego prześladowczego-przemieniającego-się-z-siłowni-w-bibliotekę pokoju? Nie mam pojęcia. Komórka znowu zawibrowała.
Dojdę do tego? Niby jak? Nie pracuję w żadnej biznesowej korporacji, ani nic z tych pierdół! No ale cieszę się, że odpowiedział na moje pytanie.
Obiad?! Z Emmą?! Och. Aż krew mi się w żyłach zagotowała!
Nacisnęłam wyślij i po prostu czekałam. Nawet myśleć normalnie nie mogłam. Dlaczego z nią jest?! Serio jej nie lubię!
Zastanawiałam się czy w ogóle wysłać tę wiadomość, ale górę wzięła złość i bez wahania nacisnęłam odpowiedni przycisk. Ale z czasem, gdy czekałam, i czekałam... i czekałam, zaczęłam żałować że mu to napisałam. No ale mimo wszystko, to przecież prawda, tak?
Co chwilę zerkałam na swój telefon. Nadal nie odpowiedział. Może jest na mnie zły. Mam nadzieję, że nie. Żeby czymś zająć moje myśli, zaczęłam się pakować. Odstawiłam walizkę w róg pokoju, gdzie spoczywała gitara i poczułam dziwny przypływ weny, którego nie doświadczyłam od bardzo długiego czasu. Potrzebę, by zagrać. Przygryzłam wargę, gdy moja ręka bezwiednie powędrowała do gryfu instrumentu. Nie, nie mogę. Nie jestem gotowa. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Spojrzałam na komórkę. Minęło półtorej godziny i nadal nie doczekałam się żadnej odpowiedzi. Może pierdolą się gdzieś w kącie.
Pozbierałam książki leżące na moim biurku i włożyłam je do pudeł. Fala wspomnień napłynęła do mojej głowy, gdy moim oczom ukazał się album ze zdjęciami, który zrobiłyśmy z Amber podczas naszego pierwszego spotkania. Miałyśmy po 18 lat. Dla nas obu, był to pierwszy rok na uczelni. Byłyśmy takie bezbronne i przestraszone tym wielkim miejscem. Myślałam, że jest jakaś stuknięta, bo cały czas kazała mi mówić jakieś dziwne słowa, ale potem zdałam sobie sprawę, że robi to ze względu na mój akcent i inny sposób ich wymowy. Przyjechałam prościutko z Ameryki, no a ona była typową Brytyjką. Nie uwierzyła mi, że też jestem Brytyjką, dopóki nie poznała mojego ojca. Stałyśmy się sobie naprawdę bliskie, kiedy opowiedziałam jej o Devon'ie. Wykazała się wtedy ogromnym zrozumieniem i pomogła mi znowu nabrać pewności siebie.
Westchnęłam i włożyłam album do pudełka. Cieszę się, że Amber wylała na mnie ten sok, bo w innym przypadku pewnie nie byłoby nas tu, gdzie jesteśmy teraz. Uśmiechnęłam się do siebie i uporządkowałam resztę książek w wolnych kartonach.
Zawiesiłam wzrok na telefonie. Nadal zero odzewu. Może serio go obraziłam. Zamknęłam jedno z pudełek, zakleiłam je taśmą, a potem podpisałam swoim imieniem. Próbowałam podnieść to cholerstwo, ale było zbyt ciężkie. Musiałam naprawdę się postarać. W końcu po wielu zmaganiach podniosłam karton i odwróciłam się. Serce zaczęło walić mi jak oszalałe i aż podskoczyłam zszokowana. Pudełko z wielkim hukiem opadło na podłogę, a moje oczy utkwione były w nim. Zayn.
- Coś czułem, że potrzebujesz bardziej interwencji osobistej, niż wiadomości. - odezwał się w końcu, ale jego głos był obojętny i nie zdradzał żadnych emocji. Co on tu robi, do cholery?!

















